środa, 25 września 2019

Część 8

Biuro pomocy prawnej dla obcokrajowców, w którym pracowała Natasha znajdowało się zaledwie dwie ulice od szkoły Petera, a on niezwykle chytrze potrafił to wykorzystywać. Niestety, przez to nabrał dziwnego nawyku odrabiania lekcji na przerwach w szkolnej toalecie.
- Peter, nasze mieszkanie jest w przeciwna stronę. - oznajmiła Natasha, wstając z krzesła i podchodząc do kserokopiarki.
- Tak, wiem… - jęknął, siadając na jednym z krzeseł dla gości. - Nie lubię siedzieć sam w domu.
- Wiem o tym, Pete. - westchnęła, nie przerywając zajęcia.
Peter wyprostował się na krześle, patrząc jak przekłada kartki pod skaner i układa kopie na trzech kupkach na stole pomocniczym. Zastanawiał się, czy nie zataiła w swoim życiorysie kilku języków, które znała. Chociaż mógł się tego spodziewać.
- Dam Ci kasę na obiad i jakiś film z wypożyczalni. Pójdziesz do domu i grzecznie poczekasz. Ja mam dzisiaj nadgodziny.
- Nadgodziny? - zapytał z zaskoczeniem. - To tutaj są jakieś nadgodziny?
- Tak jakby. - zachichotała. - Po zamknięciu przychodzi grupa robotników z Rosji. Znają biegle angielski, ale lepiej zrozumieją akty prawne, kiedy ktoś im je przetłumaczy na ich język.
- A długo Ci to zajmie? - skrzywił się. - Wiesz, nadal nie mam przyjaciół, tęsknie za Nedem…
- Wiem, że się nudzisz. - pokiwała głową. - Dołącz do grupy naukowej. Tak jak w poprzedniej szkole. Wiem, że tam jest.
- Nie mogę. - wymamrotał, zwieszając głowę.
- Dlaczego? - zmarszczyła brwi, przerywając zajęcie i kucając naprzeciwko niego.
- Nie chcę się za bardzo przywiązywać. Poza tym… - westchnął. - Mają stronę internetową. Moje zdjęcia nie mogą trafić do sieci.
Miał rację. Sama pouczała go o środkach ostrożności. Sama nie wyraziła zgody na wstawienie jej zdjęcia na firmową stronę. Nie pojawiała się nawet w biuletynie, tłumacząc się obawą przed zemstą męża. Nikt nie zadawał więcej pytań i jej to odpowiadało.

Udało im się ułożyć spokojne życie. W dwa miesiące. Zdarzało się, że Peter tęsknił za byciem Spider-Manem. Mało tego… kilkakrotnie musiał się powstrzymywać przed większą interwencją niż wybranie numeru na policję. Powoli przyzwyczajał się do najbardziej absurdalnych kryjówek na broń palną. Sam znalazł w mieszkaniu sześć sztuk krótkiej broni, jaką widywał już u niej w Kwaterze Głównej i trzy zabytkowe rewolwery. Znając Natashę, pewnie były odbezpieczone, więc wolał je po prostu odłożyć na miejsce.
- Robisz postępy. - powiedział pewnego dnia przy kolacji. - Ta Lazania jest lepsza od tej, którą robi pani Leed.
- Mama Neda? - zapytała, wlewając do szklanek sok jabłkowy. - Myślę, że w gotowaniu nie zdołam jej dorównać.
Westchnęła, zajmując miejsce naprzeciwko niego.
Zadzwonił telefon. Natasha już się podnosiła, żeby wstać, ale Peter ją powstrzymał.
- Siedź, ja odbiorę. - powiedział szybko.
Wstał z krzesła i podszedł do telefonu stacjonarnego.
- Tak, słucham? - powiedział, przykładając słuchawkę do ucha.
- Cześć, młody… - usłyszał, zmęczony, znajomy głos.
- Tony? - wyjąkał, przez co Natasha spojrzała na niego z szeroko otwartymi oczami.
- Możesz mi dać Natashę? - poprosił. - Nie martw się, po prostu daj mi ją do telefonu.
Peter nie musiał długo czekać, aż Nat do niego podejdzie. Właściwie, już obok niego stała. Szybko dał jej słuchawkę.
- Skąd masz ten numer? - zapytała. - Nie wiedziałam, że się znacie. Dobra, wiesz, że to niebezpieczne, żeby… co powiedziałeś?
Przez długi czas stała słuchając tego, co Tony ma do powiedzenia. Przez cały czas trzymała Petera za nadgarstek, nie pozwalając mu odejść.
- Tak, już Ci go daję. - westchnęła i podała mu telefon. - Pogadajcie sobie.
Peter skinął głową, przykładając słuchawkę do ucha. Przez cały czas patrzył na Natashę z wyrazem szoku na Twarzy.
- Tak? - wyjąkał, czując, że ma coś w gardle.
- Już po wszystkim. - powiedział tym samym zmęczonym tonem. Ross nie żyje. Nikt inny na Ciebie nie poluje.
-To znaczy, że…
-Możecie wracać. - odpowiedział, a Peter mógł przysiąc, że kiwnął głową. - Wracacie do domu.
Wracają do domu…

Tym razem odbyło się bez partyzantki i Nat zaklepała pierwszy lepszy samolot do stanów. Bilety były drogie, bo kupione w ostatniej chwili, ale wystarczyło na nie pieniędzy z odprawy. Klasa ekonomiczna, bo na tę wygodniejszą nie było już co liczyć, ale Peterowi, ani Natashy to nie przeszkadzało. Ważne, że oboje wracali już do domu.
- Chcesz się przespać? - zapytała Natasha. Nadal miała blond włosy, ale wiedział, że po trzech miesiącach pofarbuje je na stary kolor, co bardzo mu odpowiadało. Nigdy nic nie sugerował, ani nie twierdził, że tak było jej nieładnie, ale rudy był tym, co kojarzyło mu się z domem.
Na lotnisku czekał na nich Tony. Tym razem nie było przy nim Happy’ego. Byli zaskoczeni, kiedy zobaczyli, że ani Nat, ani Peter nie mają wcale większych bagaży. Wszystko musiało się zmieścić do tych walizek. Albo po prostu stwierdzili, że nie ma co zabierać części nowych rzeczy.
- Wsiadajcie. - powiedział cicho po krótkim przywitaniu. - Wiem, że jesteście wyczerpani.

- Kto go zabił? - zapytała Natasha, okrywając kocem śpiącego Petera.
Nie chciała zadawać tego pytania, kiedy Peter był na nogach. Mieli za sobą długi lot, oboje byli zmęczeni. Starała się o niego troszczyć. Teraz nawet bardziej niż oni wszyscy razem wzięci.
- Happy. - powiedział Stark, siedząc na fotelu w salonie Kwatery Głównej. - Ross miał mnie na muszce, Happy strzelił mu w tył głowy. To była obrona konieczna. Nawet nie będzie rozprawy. Nie mów Peterowi. Nie chcemy, żeby o tym wiedział. Mógłby...
- Inaczej patrzeć na Happy'ego? - westchnęła. - Tak, wiem.
Była zmęczona. Musiała wyglądać okropnie. Ale nie chciała jeszcze iść spać. Musiała się dowiedzieć co ich ominęło.
- Thor wrócił do Asgardu, czy wciąż tu jest? - zapytała w końcu, dolewając sobie kawy.
- Jest, śpi. - pokiwał głową. - Steve całą noc słuchał radia. Teraz go nie ma. Myślę, że jest w szoku. Może wrócił do swojego mieszkania, może jest u jakiegoś znajomego. Nie wiem.
- Dlaczego Steve miałby być w szoku? - zmarszczyła brwi.
- Widział to wszystko. Wcześniej Ross podał mu coś mocnego, coś co chwilowo go sparaliżowało. - wyjaśnił, ale kiedy Natasha otworzyła usta, żeby zapytać o jego zdrowie, ale Stark uniósł dłoń, żeby jej przerwać. - Spokojnie, nic mu nie jest. Po prostu poczuł się...
- Bezsilny? - wpadła mu w słowo.
- Właśnie. - pokiwał głową. - Znasz go. Musi mieć pod kontrolą wszystko i wszystkich. Twierdzi, że to jego obowiązek.
- Nawet on wszystkich nie uratuje. - wymamrotała.
- Wiem. Już mu to mówiłem.

Natasha patrzyła jak Cole i Lizzy idą przez główny korytarz. Uśmiechnęła się, patrząc na swoich znajomych.
- Nie mówcie, że macie nową misję... - pokręciła głową, witając się z obojgiem.
- Nie, to Wy macie misję. - odparł Baker, kiedy Lizzy wyjmowała z torebki jakąś teczkę. - Gdzie jest Stark? Jego też to może dotyczyć.
- Powiecie nam o co chodzi? - zapytała zaniepokojona, prowadząc ich do warsztatu.
- Lizzy znalazła na dysku Rossa, coś co może Was zainteresować. - odparł, wchodząc za Natashą do pracowni.
Stark siedział na swoim wysokim stołku, przekładając narzędzia z jednej skrzynki do drugiej. Pewnie przygotowywał się już na jutro. Albo po prostu chciał się czymś zająć.
- Co to za jedni? - zapytał, wstając.
- Cole Baker, poznaliśmy się przez telefon. - odparł, rzucając Lizzy krótkie spojrzenie. - A to Lizzy Carmichael. Znalazła coś, co pana zainteresuje.
- Ile Ty właściwie masz lat? - zapytał ją bezczelnie, patrząc na nią z zastanowieniem.
- Szesnaście. - wzruszyła ramionami.
- To nieistotne. - przerwał Baker, wyciągając rękę. - Powiedz im.
-Włamałam się do komputera Rossa kilka dni po jego śmierci. - oznajmiła, kładąc na stole przyniesioną teczkę. - Mój szef chciał wiedzieć coś o jego projektach. Oczywiście wszystko nielegalnie. Wiem od kogo się dowiedział, że Peter jest Spider-Manem.
Natasha podniosła głowę, patrząc na nią zaskoczona, ale Stark wydawał się mało poruszony, jakby za wszelką cenę chciał zachować kamienną twarz.
- W zamian za te informacje obiecał pana zabić. - powiedziała cicho, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem.
- Kto? - zapytał krótko.
Cole i Lizzy spojrzeli po sobie krótko.
- May Parker.