piątek, 28 czerwca 2019

Część 3

Tony wszedł do pokoju, w którym wszyscy jedli. Baza wydawała się opustoszała, zresztą jak zwykle o tej porze dnia. Co prawda z Peterem było już znacznie lepiej, ale był jeszcze zbyt osłabiony, żeby móc zrobić więcej niż zjeść zupę, czy usiąść na sedesie. Helen dała mu wózek, żeby nie nadwyrężał swoich stóp. W palce wdarłaby się martwica, gdyby nie ogrzano go tak szybko, ale mimo to, wciąż miał problemy z ustaniem na własnych nogach, czy utrzymaniem czegoś w dłoni dłużej niż przez pół minuty. Bruce i Helen zapewniali go, że to minie, że wróci do dawnej sprawności, ale... muszą być cierpliwi.
- Wiesz, że za dwa tygodnie jest Boże Narodzenie? - zagadał Sam, podsuwając mu pod nos filiżankę z kawą parzoną w jego ulubiony sposób.
- Odpowiedź nadal brzmi "nie". - odpowiedział niewzruszony.
- No weź... - jęknął. - Co roku proszę Cię o to samo. Pomyślałem, że może... W tym roku urządzisz Gwiazdkę. Dla dzieciaka. Wiem, że cieszyłeś się z prezentu, który dostałeś od niego rok temu.
- Wcale nie dostałem od niego prezentu. - skłamał.
- A ten robocik z melodyjką „We Wish You Merry Christmas” to co? Wyciągasz go z szuflady raz na dwa tygodnie. - zachichotał. - Oj, Stark... Nas nie musisz oszukiwać.

- Dobra, plan jest taki... - zaczął Sam konspiracyjnym tonem, siadając naprzeciwko Tony'ego, kiedy jadł swój makaron z serem. - Ja, Steve i Natasha grzejemy po dekoracje, Bucky ogarnia choinkę, Wanda załatwia płyty z kolędami, Vision...
- Nie. Odpowiedź nadal brzmi "nie", weź już sobie daruj.
- Tony, Peter będzie zachwycony, jeśli zorganizujemy święta. - zapewnił go, aż w końcu Tony wywrócił oczami.
- A ja co mam robić? - zapytał zażenowanym tonem.
- Musisz trzymać Petera z dala od pokoi w trakcie prac i w pierwszy dzień świąt będziesz Świętym Mikołajem.
- O nie nie... - pokręci gwałtownie głową. - Wybij to sobie z głowy.

Sprzedawca choinek podszedł do Bucky'ego, który od prawie godziny stał przed dwoma choinkami, wpatrując się w nie z konsternacją na twarzy.
- Może w czymś panu pomóc? - zaproponował sprzedawca.
- Właściwie tak. - pokiwał głową, wskazując najpierw na jedną, a później drugą choinkę. - Ma pan może coś pomiędzy Tym... A tym?
- Nie rozumiem. - mężczyzna pokręcił głową z zaskoczeniem.
- Wie pan... Ta jest za duża, ale ma dobrą średnicę. A ta... Jest za mała i zbyt rozłożysta. Nie zmieści się na metraż przeznaczony na choinkę. Jak pan myśli?
Bucky rozejrzał się i zauważył, że tego faceta już obok niego nie ma.
- No cudownie...- wymamrotał.

Ukrywanie Petera w trakcie, kiedy inni pracowali nad nadaniem bazie świątecznego nastroju okazało się dziecinnie proste. Jak Peter powiedział, że kiedy wróci do sprawności i bycia Spider-Manem będzie potrzebował płynu sieciowego, plan działania utworzył się w jego głowie w dwie sekundy. Płyn miał swój termin przydatności. Jednocześnie musiała trochę poleżakować, ale po leżakowaniu, miał swoje optymalne właściwości tylko przez niecałe trzy miesiące, a później nie chciał się rozciągać, a sieć była krucha i za szybko się rozpuszczała.
Dlatego on i Peter zamknęli się w laboratorium, prosząc pozostałych, żeby przez jakiś czas im nie przeszkadzali, na co oni z ochota przystali.
- Wystarczy, że będzie stał w szklanych butelkach przez dwa tygodnie, tak? - zapytał, a Peter pokiwał głową.
- Teraz by pękała. - wyjaśnił. - To tak jak z marcepanem. Trzeba go dobrze schłodzić przed użyciem go do dekorowania. Jak użyjemy jej przed schłodzeniem, będzie się rozpadać. Jeśli będzie leżeć za długo, zacznie się kruszyć.
Tony pokiwał głową. Zdawał sobie sprawę, że produkcja płynu sieciowego wymagała od Petera zastosowania metody prób i błędów, ale nie zdawał sobie sprawy, że porówna jej żywotność do... Cukierniczej masy dekoracyjnej?
Tony przysiadł naprzeciwko fotela, na którym siedział Peter. Przyniósł dwa z gabinetu, kiedy zauważył, jak bardzo Peterowi drżą kolana.
- Jesteś zmęczony? - zapytał, patrząc na niego z troską. - Jeśli chcesz, możesz się zdrzemnąć tu na kanapie. I tak mam jeszcze trochę roboty.
- Nie, to nie to. - Peter pokręcił głową. - Po prostu... chciałbym, żeby ta terapia już się skończyła.
- Niedługo się skończy. - oznajmił Tony, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Robisz postępy i to nie małe. Pamiętasz pierwszy spacer po wstaniu z wózka? Ja i Steve musieliśmy Cię trzymać z obu stron, żebyś nie upadł.
- Ale nadal upadam. - wymamrotał Peter, wpatrując się w swoje posiniaczone dłonie.
- I za każdym razem wstajesz.

Od: Sam
"Wszystko gotowe". 
Tony podniósł głowę znad telefonu i spojrzał na Petera, który pochylał się nad jedną ze swoich szkolnych książek. Wziął głęboki oddech i usiadł naprzeciwko niego.
- Słuchaj, młody... - zaczął trochę niepewnie. - Wiem, że odkąd tu jesteś nie do końca orientujesz się który mamy dzień miesiąca...
- Do czego pan zmierza? - przerwał mu, podnosząc głowę znad książki.
- Dzisiaj jest pierwszy dzień Bożego Narodzenia. - oznajmił.
- Pułkownik Rhodes powiedział, że ma pan alergię na Święta. - rzucił obojętnie, ale Tony wiedział że tak na prawdę dzieciak chciałby przeżyć rodzinne święta.
- Tak, do niedawna. - pokiwał głową z uśmiechem. - Takie świętowanie Bożego Narodzenia w samotności to raczej kiepska frajda. Dasz radę przejść sam, czy przyprowadzić wózek?
Petera totalnie zamurowało. Tony patrzył na niego przez chwilę, w końcu wstał.
- Dobra, przyprowadzę wózek. I tak już dzisiaj sporo chodziłeś.
Bez słowa pomógł mu usiąść na jego zmodyfikowanej wersji wózka inwalidzkiego i poprowadził go aż do drzwi.
- Jak... - wymamrotał, kiedy zobaczył zwisające z sufitów girlandy i łańcuchy choinkowe.
- Miałem Cię ukrywać, żebyś niczego nie zobaczył aż do teraz. - wyjaśnił, pochylając się nad uchem Petera. Wiedział, że wszyscy są w salonie. - Obiecali, że wyrobią się do pory obiadowej, więc...
Wprowadził go do największego pomieszczenia, gdzie Wanda i Rhodney ustawili wielki stół z sali konferencyjnej, lekko wydłużając jego nogi.
- Dobra, jeszcze raz... - Tony machnął ręką. - Wilson, powiedz kto co zrobił.
Sam wyszedł przed szereg, gdzie wszyscy stali odświętnie ubrani, trzymając w rękach brzydkie swetry, których ani myśleli wkładać. Na twarzy Sama malowała się duma nie do opisania.
- Więc Pepper, Thor, Wanda i Helen wszystko to ugotowali. - zaczął, wskazując na stół. Tony miał wrażenie, że Wilson z podekscytowania zaraz dostanie zawału. - Tylko Wanda najpierw ogarnęła kolędy...
- Zamiast płyt kupiłeś puste pudełka. - wtrąciła Wanda, na co cała reszta zachichotała.
- Ale później kupiłem te płyty, więc się nie czepiaj... - ciągnął dalej. - Barnes kupił, wniósł i ubrał choinkę. Ja, Steve i Natasha kupiliśmy dekoracje i urządziliśmy całą bazę. Vision, Happy i Banner kupili i zapakowali wszystkie prezenty. Oczywiście każdy dorzucał coś od siebie. Kiedy skończyliśmy, zastawiliśmy stół. A teraz Tony... wkładaj swój czerwony płaszczyk, leży tam.
Wskazał na leżący na oparciu fotela pełny kostium Świętego Mikołaja. Tony spojrzał na niego spode łba i pokręcił głową.
- Ale dlaczego nic mi nie powiedzieliście? - pisnął Peter, starając się ogarnąć spojrzeniem cały salon. To wszystko wydawało mi się jakąś kolorową bajką. - Też mógłbym coś zrobić.
- Fakt, ale biorąc pod uwagę, co Rhodney nagadał Ci o Świątecznych tradycjach Tony'ego, przygotowanie tej niespodzianki okazało się dziecinnie proste. - powiedziała Wanda, opierając się o jedno z ubranych w aksamit krzeseł. - Co swoja drogą w pełni się zgadza... Ale to, że mamy te Święta, to głównie zasługa Sama. Tak wlazł Tony'emu w tyłek...
- Dobra, już dziękuję. - zaśmiał się Sam, nie chcąc, żeby kończyła.
A Peter po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł, że ma kogoś, kto będzie się o niego troszczył. Że ma rodzinę, która nie wyrzuci go na ulicę, obwiniając o śmierć męża.

Peter spał z głową na ramieniu Natashy. Dzieciak się uparł, żeby zaczekać na Tony'ego, ale tym razem to było w pełni zrozumiałe.
Dzisiaj, po tygodniach przesłuchań i wyjaśnień, miała się odbyć decydująca rozprawa w sprawie Petera. Nat wiedziała, jakie to ważne. Sama pokochała tego chłopca. Opiekowała się nim, robiła mu do szkoły drugie śniadanie. Ale nadal nie wrócił do pełnej sprawności, a płyn sieciowy trzeba było zużyć, żeby się nie zmarnował. Dlatego Peter nie rozstawał się ze swoją wyrzutnią sieci i trenował celność przy każdej mozliwej okazji. Nawet posunął się do tego, żeby "osieciować" młot Thora, kiedy ten zostawił go w drzwiach do łazienki na parterze, jednocześnie blokując przejście.
- Nat... - rozległ się cichy, senny głos Petera. - Czy pan Stark już wrócił?
- Nie, jeszcze nie. - odpowiedziała łagodnie. - Zaprowadzić Cię do łóżka?
- Nie... Poczekam jeszcze na Pana Starka.
Natasha usłyszała ciche kroki, kiedy Thor wrócił do salonu z pełną miską chrupek kukurydzianych, zmierzyła go spojrzeniem. Lubiła, kiedy tu pomieszkiwał między jednym, a drugim wypadem do Asgardu, ale czasami zachowywał się nie do zniesienia.
- Zanieść go? - zaproponował.
- Nie. - pokręciła głową. - Nie chce iść do łóżka.
Thor wzruszył ramionami, podnosząc do ust pełną garść chrupek.
- Nadal nie rozumiem, dlaczego Stark nie chciał, żebym składał wyjaśnienia... - powiedział po chwili ciszy nieco urażony. - Mógłbym powiedzieć o nim tyle miły rzeczy...
- Pewnie dlatego, że Twoje pojęcie o rodzicielstwie znacznie się różni od naszego ziemskiego. - wymamrotała.

- Jak poszło? - zapytała Natasha, kiedy ona i Steve układali Petera na kanapie.
Akurat ten moment wybrał sobie Stark, żeby otworzyć drzwi. Ona i Rogers stanęli naprzeciwko niego, oczekując dobrych wieści.
Stark pokiwał głową ze zmęczonym uśmiechem.
- Udało się, ale zadali mi jedno podchwytliwe pytanie. - odpowiedział, opadając na fotel naprzeciwko Petera. - Obyło się bez kłamstwa.
- O co pytali? - Steve zmarszczył brwi.
- O May. - westchnął. - Zapytali, czy zgodziłbym się na jej spotkanie z Peterem, gdyby o nie prosiła. Powiedziałem, że tylko jeśli Peter by tego chciał.
Natasha usiadła. Znała już odpowiedź, ale wolała ją usłyszeć ją na własne uszy. Osobiście, gdyby to od niej zależało, wsadziłaby May do więzienia na resztę jej życia i zabroniła wszelkich kontaktów z chłopcem.
- Oficjalnie jestem już jego ojcem. - powiedział cicho. - Peter mnie szanuje i widzi we mnie wzór. Sąd twierdzi, że jestem jego autorytetem. To przesądziło o całej sprawie.
Natasha widziała na twarzy Steve'a zaskoczenie, równie duże jak jej, że tym razem Tony nie pielęgnował swojego ego. Możliwe, że ze zmęczenia, możliwe, że za bardzo troszczył się o Petera.
- Dzięki Bogu. - powiedział cicho Steve, a Natasha wstała i pociągnęła go za sobą.
- Damy Wam trochę prywatności. - powiedziała. - I tak jest już późno. A ktoś musi wysłać Bruce'a do łóżka.

- Postaw. - powiedział Steve, podając Samowi miskę z pieczonymi ziemniakami.
- Nadal nie rozumiem, dlaczego akurat dzisiaj robimy uroczystą kolację. - żachnął się, przesuwając trochę półmiski z klopsami i pieczonym mięsem, żeby zrobić na stole miejsce na ziemniaki.
- Tony zaprosił prawników, którzy pomogli mu w sprawie z Peterem. - powtórzył, wywracając oczami. - Sam, ile razy jeszcze mam Ci tłumaczyć?
- Nie wystarczyłoby po prostu zaprosić ich do knajpy? - wzruszył ramionami. - Z resztą... czemu w takim razie Stark nie gotuje sam, tylko Ty to robisz?
- A jadłeś kiedyś coś co, ugotował Tony? - zapytał go, patrząc mu w oczy.
- No... nie. - pokręcił głową.
- Szczęściarz. - mruknął, wracając do swojego zajęcia. - Będą tu za kilka minut.
- A Peter? Myślałem, że jest z Natashą w swojej szkole.
- Bo jest, trochę się spóźnią.

Punktualnie o piątej po południu rozległ się dzwonek do drzwi. Tony podniósł głowę, kiedy Wanda poszła otworzyć drzwi. Vision i Steve stali ramię w ramię trzymając dłonie za plecami.
- Są nasi honorowi goście... - powiedział, wyciągając ręce. - Przedstawiam Pana Franklina Nelsona, Pana Matta Murdoka i Panią Karen Page. Szefową ich biura. Jeszcze jedna drobna formalność, zanim siądziemy do stołu.
Podniósł telefon na wysokość twarzy, w ciszy przesuwając palcem po wyświetlaczu. Po chwili torebka pani Page wydała krótki sygnał dźwiękowy.
- SMS? - zapytał Nelson, patrząc na nią z zaskoczeniem, kiedy próbowała sprawdzić wiadomość.
- Powiadomienie z banku. - oznajmił Murdok, nie poruszając się nawet o milimetr. Trzymał swoją białą laskę w splecionych dłoniach.
- Poleciła Was niezawodna Mary Pablos. - powiedział Tony, chowając telefon z powrotem do kieszeni. - Poinformowała mnie, że klienci wypłacają Wam tak duże wynagrodzenie, na ile mogą i na ile oceniają Waszą pracę.
- To bardzo dużo zer, panie Stark... - odezwała się pani Page.
- Wyceniłem Waszą pracę bardzo wysoko. - odparł, chowając dłonie do kieszeni. - I tak się składa, że stać mnie na takie wynagrodzenie. A... I jeszcze pozwoliłem sobie opłacić rejestrację programu księgowego na najbliższe pięć lat. Wiem, że na to zasługujecie. Jesteście lepsi od najlepszych specjalistów, którzy kiedykolwiek dla mnie pracowali.
- Łatwo się pracuje, jeśli prawo jest po stronie klienta. - wtrącił Murdok.
- Tak, to fakt. - Przyznał Sam, stojąc pod ścianą. - Ale nie każdy adwokat potrafi to uargumentować. Wam się to udaje za każdym razem. Sprawdziłem.

środa, 26 czerwca 2019

Część 2

- Misia kupił Ci Happy. - oznajmił Tony, siadając na skraju łóżka Petera, kiedy podał mu dużego pluszaka. - Chciał Ci coś dać, nie wiedział co… Mówił, że zobaczył go na wystawie sklepu z zabawkami.
- To miłe. - wychrypiał.
Od momentu pobudki Peter nie mógł się ogrzać. Jego temperatura była w normie, funkcje życiowe bez zarzutu… Ale nadal był znacznie osłabiony. Nie zostawał sam. Nawet na minutę. Nie było chwili, żeby ktoś z drużyny nie siedział z nim w pokoju.
Natasha i Helen wpadły na pewien pomysł. Ogrzewać misia co pół godziny w mikrofali na koce. Później Peter przytulał go do siebie i dzięki jego ciepłu czuł się trochę lepiej.
- Później będę musiał trochę popracować. - powiedział, gładząc Petera po policzku. - Steve i Natasha dotrzymają Ci towarzystwa.
Peter pokiwał głową. Tony bez zastanawiania poprawił kaniulę, która lekko się przekrzywiła.
- To potrwa tylko kilka godzin. Obejrzycie sobie jakiś film, poczytacie książki… A jutro Natasha przeleci się po mieście, kupi Ci więcej nowych ciuchów i zajdzie do Twojej szkoły po lekce. - oznajmił, jakby to był coś normalnego. - Szybko zleci.
Odkąd Natasha przyniosła kilka kompletów chłopięcych piżam i Helen pozwoliła Peterowi się przebrać w jedną z nich, to tylko poprawiło mu nastrój. Wspólnie uznali to za dodatek do terapii. Coś, co dawało mu tę namiastkę normalności w tym medycznym otoczeniu.
- Przyniosłem rosół. - oznajmił Steve, wchodząc do pokoju. - Wojskowy. Bałem się, że nie będę mógł sobie przypomnieć przepisu, ale jednak się udało.
Postawił miskę z ciemnożółtym płynem na stoliku przed Peterem i położył obok łyżkę. Tony wstał i pomógł Peterowi usiąść, poprawiając jego poduszkę.
- Rozgrzeje Cię i złagodzi gardło. - wyjaśnił. - Jest cały garnek, więc dostaniesz tyle dokładek, ile tylko chcesz.
Tony poklepał Petera po ramieniu, kiedy Steve pomagał mu się usadowić wygodniej na łóżku.
- Muszę już lecieć. - powiedział do niego. - Steve, zostań z młodym.
- Jasne. - Steve pokiwał głową, podtrzymując Petera z tyłu, żeby nie upadł.

Tony przechadzał się ulicami Brooklynu, próbując znaleźć miejsce, w którym leżał Peter, kiedy zabierało go pogotowie. Pepper mówiła, że na alarm bezdomnego zareagował policjant… Gdzieś tu musi stać patrol.
Zwolnił kroku i rozejrzał się po ulicy. Po chwili zobaczył radiowóz stojący przy jednej z przecznic.
- Przepraszam pana bardzo… - zaczął, zaczepiając jednego z mundurowych.
- Widział pan napad? - zapytał, szukając notesu. - Proszę powiedzieć gdzie, zawiadomimy…
- Ja nie o tym… - Tony przerwał mu, kręcąc głową. Wyciągnął z kieszeni płaszcza zdjęcie Petera i pokazał gliniarzowi. - Szukam policjanta, który niecałe dwa tygodnie temu ratował tego chłopaka.
Policjant spojrzał na Tony’ego, a potem obrócił się pośpiesznie przez ramię.
- Pan z prasy? - prychnął.
- Nie. - pokręcił głową. - Nazywam się Tony Stark. Ten chłopak to mój stażysta, bardzo zdolny. Jego ciotka nawaliła i teraz chcę to naprawić.
- Henry, do Ciebie. - krzyknął przez ramię i chwilę później jego miejsce zajął inny, znacznie młodszy mundurowy.
- Jakiś problem, panie Stark? - zapytał, stając naprzeciwko niego.
- Przeciwnie… - pokręcił głową. - Jedenaście dni temu reanimował pan tego chłopca. Wezwał pogotowie, uratował mu życie. O co jestem panu bardzo wdzięczny, ale… interesują mnie bezdomni, którzy pana zaalarmowali.
Młody mężczyzna spojrzał na Tony’ego, a po chwili wahania powiedział:
- Nie wiem jak się nazywają, ale wiem, kto może wiedzieć o kogo chodzi. Dwie ulice dalej… stoi barowóz. Gorące napoje i całkiem niezłe zupy. W wozie jest dziewczyna, nie ma więcej niż dwadzieścia lat. Podarowała bezdomnym w Brooklynu swoje miski. Wszystkie znaczone. Masz miskę, dostajesz zupę za darmo. Mają je tylko bezdomni. Nie chciała, żeby ludzie ją kantowali. Zimą dwa razy dziennie napełnia im te miski tym co zostało. - wyjaśnił, krzyżując ramiona na piersiach. - Ma na imię Mary. Proszę spróbować zupy cebulowej. Jest naprawdę dobra. Kosztuje dolara. Kiedy będzie pan jadł… wszystko panu powie. Tylko musi pan ją przekonać, że ma pan dobre intencje.
- Dziękuję. - Tony pokiwał głową i pobiegł w miejsce wskazanym przez gliniarza.
- Proszę poczekać. - zawołał za nim. Dość szybko go dogonił. - Pokaże ją panu. Pomagam jej w tym mini procederze z bezdomnymi. Jeśli będę stał obok pana, szybciej panu zaufa.
Poszli razem w stronę wozu z żarciem, który stał na jednym z parkingów. Tony dostrzegł dziewczęcą dłoń z pomalowanymi na czarno paznokciami, która podawała kobiecie jednorazową miskę z parującą zupą.
- Mary, Mary! Masz chwilę? - zawołał gliniarz, a dziewczyna uśmiechnęła się na jego widok.
- Zapłaciłam z parking, pani władzo… - zachichotała.
Skinął Tony’emu głową, a ten wiedział, że to już ten moment.
- Jedną zupę cebulową, proszę. - powiedział Tony, kładąc na blacie jednodolarowy banknot.
- Proszę, łyżka. - oznajmiła uprzejmie, podając mu stołową, jednorazową łyżkę. - Już podaję zupę.
Obróciła się na pięcie, sięgając po kolejną jednorazową miskę. Taką samą, jaką wręczyła tamtej kobiecie.
- Proszę uważać, jest gorąca. - oznajmiła.
- Nazywam się Tony Stark. - zaczął, chcąc przejść do pierwszego pytania.
-A co mnie to? - rzuciła obojętnie, krojąc chleb na Podłużne paluszki.
-Nie zgrywaj się, Mary. - Zachichotał mundurowy. Henry? - On jest w porządku. Już wie, że bezdomni mówią Ci wszystko.
Mary spojrzała na Tony’ego wyczekująco. Położyła na blacie koszyczek a pokrojonym właśnie chlebem. Zamrugała, biorąc do ust jedną z miętówek.
- Jedenaście dni temu bezdomni znaleźli nastolatka. Nieprzytomnego, wychłodzonego… - powiedział, zanurzając łyżkę w swojej porcji zupy. - Chcę wiedzieć, co to za bezdomni.
- George i Richard. - rzuciła po krótkim zastanowieniu. - Czego pan od nich chce?
- Chcę im dać pracę. Nowy start. Szansę na wyjście z ulicy… nazwij to sobie jak chcesz. Uratowali mojego dzieciaka. Dlatego na to zasługują. - powiedział, podnosząc kęs zupy do ust. Zamrugał z niedowierzaniem, kiedy poczuł jej smak. - Łał… To naprawdę dobre.

- Dzieciaki nie powinny mieszkać na ulicy. - powiedział brudy i śmierdzący mężczyzna. Richard. - Kiedy go zobaczyłem, wiedziałem, że potrzebuje pomocy. Żeby przyprowadzić go do Mary było już za późno. Musiał się ukrywać. Gdybyśmy widzieli wcześniej, jak śpi na ulicy… Dostałby miskę.
- Tak to działa. - odezwał się drugi. - Jeden z nas musi przyprowadzić nowego, jeśli taki się pojawi. Porcje są raz mniejsze, raz większe, zależy ile jej zostanie. Wiemy, że musi zarabiać. Nie możemy na niej żerować, chociaż i tak to robimy. I tak dużo dla nas robi. Wiedziałem, że tamtego dnia Henry miał zmianę. On wiedział co robić.
Tony zamrugał, pociągając nosem. Cały czas słyszał w głowie tę krótką wymianę zdań, którą odbył z Peterem między jedną, a drugą drzemką.
- Dlaczego nie przyszedłeś do mnie? Od razu. - zapytał Petera, kiedy leżał płasko z świeżo nagrzanym misiem.
- Nie chciałem pana niepokoić. - wychrypiał.
- Młody, o takich sprawach masz mnie niepokoić. 
- Pan naprawdę chce mu pomóc, prawda? - zapytał George, wyrywając Tony’ego z zamyślenia.
Tony pokiwał głową, a facet obrócił się i sięgnął po coś co leżało wśród toreb i brudnych koców. Plecak Petera.
- Jak… - zaczął z zaskoczeniem.
- Znaleźliśmy to jakiś po tym, jak go zabrali. - wyjaśnił, stojąc obok kolegi. - A ten dzieciak… Przeżył, prawda?
- Tak, dochodzi do siebie. - Tony pokiwał głową. - Zbierajcie swoje rzeczy. Zabieram Was do siebie. Wykąpiecie się… upierzemy Wam ciuchy. Kiedy się ogarniecie, będziecie mieli rozmowę z moją szefową zasobów ludzkich. Powiecie jej co umiecie… A ona znajdzie Wam zajęcie i wyznaczy mieszkania w przestrzeni pracowniczej.

Tony wszedł do pokoju Petera i zobaczył, jak ten leży pogrążony we śnie. Steve przytkał palec do ust, nakazując mu ciszę. Tony skinął głową i usiadł na sąsiednim fotelu.
- Jadł lepiej? - zapytał cicho.
- Dwie porcje rosołu w ciągu pięciu godzin. - wyszeptał, kładąc na kolanach egzemplarz gazety, którą czytał. - Ma skurczony żołądek, bo w ciągu ostatnich dwóch tygodniu właściwie nic nie jadł. Jak na niego to i tak nieźle.
- Co mówi Helen? - zamrugał.
- Że jeśli odzyska dawną wagę, jego samoleczenie powinno wrócić do dawnego poziomu, ale nie możemy go popędzać. Musi to się stać w jego tempie. Kiedy mieszkał na ulicy właściwie nic nie jadł. Z jego metabolizmem to bardzo niebezpieczne. Pewnie w normalnych okolicznościach tak szybko nie doszłoby do tak tak skrajnej hipotermii.
- Jakoś nie chce mi się tego sprawdzać. - wymamrotał ledwo słyszalnie.
Steve spojrzał na niego z zaskoczeniem, które raczej nie wynikało z tego, co Tony właśnie powiedział. Raczej z tego, czego sam się myślał.
- Chcesz go adoptować, zgadza się? - zapytał.
- I to zrobię. - wychrypiał. - Dali mi namiary na dobrego prawnika. Żaden drogi zadufany typek, tylko prawnik z prawdziwego zdarzenia. Pomaga ludziom. Już z nim gadałem. Sądzi, że mam spore szanse. Po tym, jak mówiłem o Peterze, stwierdził, że między nim a mną jest emocjonalna więź.
- Bo jest. - skwitował Steve, uśmiechając się w ten swój łobuzerski sposób.
Teraz może być już tylko lepiej.

- Chce pan wyeliminować bezdomność w Nowym Jorku? - zapytała zszokowana Mary, kiedy Stark opowiedział jej o swoim planie. - To nie jest możliwe!
Oboje stali w jej barowozie, który w środku okazał się wyjątkowo przytulny. Kiedy usłyszał, jak dziewczyna gada w dziwnym azjatyckim języku... wiedział, że coś z tego będzie.
- Niby czemu tak sądzisz? - wzruszył ramionami.
- Na Brooklynie jest dwudziestu siedmiu bezdomnych. W całym Nowym Jorku chyba ze trzydzieści razy tyle. - zauważyła. - Nie można tego tak po prostu...
- Można. - pokiwał głową. - Moja firma się rozrasta, potrzebuję pracowników. Dostaną mieszkania pracownicze. Tych dwóch, którzy uratowali Petera sprawują się zaskakująco dobrze. Jeśli pozostali będą tacy dobrzy... Wchodzę w to. A nikt na Brooklynie nie zna bezdomnych tak dobrze jak Ty. Powiedz, od kogo mam zacząć. Kto ma najbardziej przerąbane?
- Jeśli chce Pan poznać wszystkich, musiałby pan tu spędzić cały dzień. - powiedziała cicho, siadając przy małym stoliku, przy którym zmieściłyby się tylko dwie osoby.
- To niska cena za informacje. - westchnął, przysiadając naprzeciwko niej. - Wiesz czym się zajmowali, zanim trafili na ulicę?
Pokiwała głową.
- Dobra, to o której zaczynasz? - zapytał.
- O piątej.
- Będę o dziewiątej.

wtorek, 25 czerwca 2019

Część 1

Uwaga! Dosadne słownictwo! 

- Tony, szpital na Brooklinie przysłał nam wiadomość z prośbą o wpisanie bezimiennego chłopca do naszego rejestru. - oznajmiła Pepper, wchodząc do gabinetu Starka.
- Poproś kogoś z fundacji, żeby to zrobił. - rzucił, nie podnosząc głowy znad dokumentów, które miał podpisać.
- Coś czuję, że nie będziemy musieli. - powiedziała cicho, kładąc przed nim wydrukowaną wiadomość razem z załącznikami.
Tony zamarł na widok twarzy chłopca pogrążonego w głębokim śnie. Otworzył szeroko oczy i rzucił Pepper krótkie, zaskoczone spojrzenie. Jakie to szczęście, że zapoznał ją z...
- Peter... - wymamrotał, wstając z fotela. - Jak...
- Znaleźli go inni bezdomni. Zauważyli, że to jeszcze dziecko i jeden z nich zaczął krzyczeć. - zaczęła opowiadać, to co przez telefon powiedziała jej recepcjonistka. - Zareagował jeden z policjantów. Wezwał pogotowie. Rozpoczął reanimację... Dosłownie uratował mu życie. Peter wciąż nie oddycha samodzielnie, ale ma stabilne tętno. Zapadł w śpiączkę, ale wbrew tego wszystkiego ma poprawne odruchy neurologiczne.
- Czekaj... inni bezdomni? - powtórzył, gwałtownie wstając z fotela.
- Tej nocy temperatura spadła do minus dwunastu stopni. - odpowiedziała, przełykając ślinę. - To nie była jedyna noc, którą spędził na ulicy.
Tony poczuł, jak krew mrozi mu się w żyłach. Po czole spłynęła mu kropla potu. Dlaczego Peter po prostu do niego nie przyszedł?
- Zorganizuj ekipę medyczną. - rozkazał. - Jedziemy po niego.
- Miałam nadzieję, że to powiesz. - powiedziała cicho, kiwając głową. - Karetka będzie gotowa za dziesięć minut.

- Nie jestem pewien, czy mogę panu pozwolić na zabranie chłopca, panie Stark. - oznajmił doktor Lenard, który opiekował się Peterem. - Nawet pan nie ma takiej władzy.
- Ciotka, jego prawna opiekunka dosłownie ma go w dupie. - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Wykopała na ulicę nastolatka bez pieniędzy i ciepłych ubrań. Czy takiej osobie pozwoliłby pan opiekować się dzieckiem?
Lekarz spojrzał na niego zaskoczony, ale nadal się nie odzywał, jakby czekał, aż Stark zmieni zdanie.
- Proszę posłuchać... - powiedział już nieco spokojniej. - Jestem w stanie zapewnić mu opiekę medyczną. Mogę to zrobić, bo dzieciak jest moim stażystą, a ja wiążę z nim wielkie nadzieje. Dlatego proszę ruszyć tyłek i przygotować go do transportu. Moja ekipa medyczna czeka na podjeździe.

Tony wszedł do sali w skrzydle szpitalnym Kwatery Głównej Avengers. Jechał tu z Peterem, obserwował jak sanitariusze przypinają go do noszy, patrzył jak Helen podpina go do respiratora, jak okrywa go kocem z dmuchawą termiczną... a jednak dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak marnie wygląda. Przez chwilę po prostu stał, słuchając statecznych dźwięków kardiomonitora i respiratora.
Nie był w stanie policzyć rurek i przewodów, które były podpięte do jego ciała. Wiązanka kabelków wychodzących spod jego koca i koszuli nocnej przypominała kucyka, który wiązała sobie Pepper, kiedy ćwiczyła na siłowni.
Tony spojrzał w jego twarz, ignorując rurkę intubacyjną i starając sobie wyobrazić, że po prostu śpi, że zaraz się obudzi i zapyta, czy przegapił śniadanie, czy o co pytają nastolatki kiedy wstają przed południem w sobotę.
- Cześć, Pete... - zaczął, biorąc głęboki oddech. - Helen twierdzi, że możesz słyszeć i czuć wszystko, co się wokół Ciebie dzieje, dlatego... Jestem przy Tobie.
Z lekkim wahaniem wyciągnął rękę i ścisnął nadgarstek Petera. Niemal odetchnął z ulgą, kiedy poczuł pod palcami jego łagodny puls.
- Wybacz, że przychodzę tak późno... - powiedział po kilku sekundach ciszy. - Musiałem załatwić kilka spraw. Wiem, że Sam tu był. Przeczytał Ci pół rozdziału tego czegoś... Później zastąpiła go Natasha. Niech to... Nawet ja lubię, kiedy ona czyta coś na głos.

Tony nie wiedział jak dużo czasu spędził przy łóżku Petera. Ogrzewanie jego organizmu trochę trwało. Nawet tutaj. Właściwie dopiero kilka minut temu koc elektryczny został zastąpiony normalnym.
- Jak z nim? - zapytał Happy, wchodząc do pokoju. W rękach trzymał dużego, niebieskiego misia.
- Temperatura wróciła do normy. - oznajmił, powtarzając słowa doktor Cho. - Nie ma płynu w płucach, ale Helen chce go utrzymać na sztuczniej wentylacji, dopóki nie odzyska przytomności. Twierdzi, że w ten sposób zmniejszymy ryzyko zapalenia płuc. Jeśli do jutrzejszego wieczora nie dostanie gorączki, jest spora szansa, że nie zachoruje.
- Biedny dzieciak... - westchnął Happy, podchodząc do łóżka i kładąc misia u boku nieprzytomnego chłopca.
- Pamiętam, jak go nie lubiłeś... - powiedział cicho Tony. - Ignorowałeś jego wiadomości...
- Nie przypominaj mi nawet. - wymamrotał. - Wiadomo, kiedy się obudzi?
- Może jutro, może za tydzień... Nie wiadomo. Dajmy mu czas.

Powieki Petera zatrzepotały. Tony podniósł głowę i spojrzał w jego oczy, jeszcze nie całkiem skupione. Czy to już? Czy to teraz... Po tygodniu Peter w końcu wrócił?
- Peter... - wyszeptał, chwytając jego dłoń, jakby chciał go zakotwiczyć po odpowiedniej stronie rzeki. - Hej, to ja, już dobrze. Nie walcz z maszyną. Masz rurkę w gardle, przez którą pomagamy Ci oddychać.
Tony gorączkowo starał sobie przypomnieć instrukcje Helen po krótkim szkoleniu, jak każde z nich ma się zachować, kiedy Peter w końcu się obudzi.
A odwiedzali go wszyscy. Z wyjątkiem May, ale Tony i tak by jej do niego nie dopuścił. Nie po tym, co mu zrobiła.
W końcu spojrzenie Petera skupiło się na jego twarzy. Tony przeczesał jego włosy palcami i posłał mu ciepły uśmiech.
- Już dobrze. Mam Cię. - wyszeptał. - Możesz ścisnąć moją dłoń?
Peter zamrugał, a Tony poczuł, jak jego palce zaciskają się słabo na jego dłoni. Zauważył pojedynczą łzę spływającą mu po policzku. Otarł ją kciukiem dłoni, którą głaskał go po głowie.
- Już dobrze. - powtórzył, nie przestając gładząc go po policzku. - Tutaj nic Ci nie grozi, jesteś bezpieczny.
Tony pośpiesznie wcisnął przycisk przy łóżku. Wiedział, że dzięki temu Helen przybiegnie tutaj za kilka sekund. I tak się stało.
- Co się dzieje? - zapytała, wchodząc do pokoju ze swoim stetoskopem w ręku.
- Obudził się. - powiedział cicho, ale to wystarczyło, żeby natychmiast się ożywiła.
- Peter, słyszysz mnie? - zapytała, kładąc dłoń na jego ramieniu. - Nazywam się Helen Cho. Jestem lekarzem.
Peter zamrugał.
- Dobrze. Teraz, jak jesteś przytomny, jesteś w stanie oddychać samodzielnie. - powiedziała powoli. - Policzę do trzech, a Ty zakaszlesz. Dobrze?
Znowu zamrugał.
- Przygotuj maskę. - powiedziała cicho do Tony'ego i zdjęła holder podtrzymujący rurkę i odłączyła respirator. Pierwszy samodzielny oddech Petera był drgający i niepewny. Tony sięgnął po maskę tlenową, gotowy założyć ją Peterowi. Włączył dyszę. - Raz... Dwa... trzy...
Pociągnęła, a Peter zakaszlał. Tony z bólem serca zauważył łzy spływające po jego policzkach.
W końcu Helen wyrzuciła zużytą rurkę, a Tony założył maskę na twarz świszczącego Petera. Po chwili jego oddech zaczął się uspokajać. Helen włożyła stetoskop i włożyła dłoń pod koszulę nocną Petera, osłuchując jego oddech.
- Wygląda na to, że wszystko jest w porządku. - powiedziała cicho. - Dobrze... odpocznij chwilę. Tony z tobą zostanie.
Posłała mu uprzejmy uśmiech, a on pokiwał głową. Tony usiadł na skraju jego łóżka.
- Ciocia May... - zaczął zachrypniętym i słabym głosem. - Musi się... martwić.
Tony spojrzał na niego ze współczuciem.
- Nie udawaj. - powiedział cicho, trzymając go za rękę. - Wiem o wszystkim.
Ciałem Petera wstrząsnął szloch. Tony położył dłoń na jego ramieniu i po kilku sekundach wahania posadził go na łóżku i przyciągnął do siebie.
- Nie chcę wracać na ulicę. - wymamrotał.
- Nie wrócisz. - powiedział takim tonem, żeby go przekonać. - Nie pozwolę Ci na to.
Peter tutaj był.
Żywy.
Ciepły.
Oddychał.

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Wstępniak

Witam na stronie z opowiadaniem, które zostało stworzone na bazie numerowanych miniaturek zespolonych, które pisałam kiedy chciałam i jak chciałam. Poprawiłam tekst, podzieliłam na części i dodałam nowe zdania/sceny/całe rozdziały. 
Oczywiście nie będzie to tylko wstawianie tego samego tekstu, biorąc pod uwagę, że wcześniej moje miniaturki były niepubliczne. Znajdowały się na moim koncie na chomiku opatrzonym hasłem. A co za tym idzie grono czytelnicze było bardzo, bardzo wąskie. Oczywiście te pliki tam zostają, bo muszę mieć oryginalny, odatowany tekst. 
Opowiadanie będzie się jednocześnie pojawiać na Wattpadzie (woo hoo, mam tam profil od dzisiaj) i obym poradziła sobie z obsługą. 

Oświadczenie: 
Zdecydowana większość postaci należy do Marvel Entertainment. Z tego fanfiction nie są pobierane żadne korzyści materialne. Tekst jest tworzony tylko w celach rozrywkowych.

O opowiadaniu: 
Akcja dzieje się głównie wokół Petera. Jak to w moim przypadku bywa z MCU ma to niewiele wspólnego, a co za tym idzie, wszystko zostało wyprute i wykręcone na lewą stronę. O misjach drużyny będę pisała tylko sporadycznie, a nawet jeśli mi się zdarzy, ty tylko to jak się do takiej misji przygotowują i to, jak kończą. Co się dzieje później.
Skupię się na ich codziennym życiu, gdzie Kwatera Główna to jest ich dom, a oni są jedną, wielką rodziną. I na co dzień pracują. Zdecydowania większość u Starka, a jakże by inaczej? Wątkiem przewodnim opowiadania będzie dwójka nastolatków, których adoptuje Tony Stark i to jakim będzie ojcem dla Petera i Lizzy (postać mojego autorstwa). Ostrzegam, że Peter jest u mnie lekko pechowy i dosyć często będzie mu się działa jakaś krzywda. Takie moje klimaty.
Bardzo ważną postacią będzie Natasha, która prywatnie jest moją ulubioną postacią z całego MCU, więc oczywiście nie może jej zabraknąć. To nie do końca będą postacie jakie znacie z filmów Marvela. Będą bardziej… domowe. Tutaj będziecie czytać o Avengersach jako o rodzinie, która żyje pod jednym dachem. A co za tym idzie, nie wszyscy znajdą się w zakładce z bohaterami. Kto się tam znalazł… zobaczcie, ale zapewniam, że to nie wszyscy, którzy będą mieli tu swoje wystąpienie. Tym razem nie będę pisała dokładnych opisów. Opis będzie się składał z jednego, góra trzech słów.
Jakim ojcem będzie Stark, też zobaczycie. Ale zapewniam, że będzie się starał.