środa, 26 czerwca 2019

Część 2

- Misia kupił Ci Happy. - oznajmił Tony, siadając na skraju łóżka Petera, kiedy podał mu dużego pluszaka. - Chciał Ci coś dać, nie wiedział co… Mówił, że zobaczył go na wystawie sklepu z zabawkami.
- To miłe. - wychrypiał.
Od momentu pobudki Peter nie mógł się ogrzać. Jego temperatura była w normie, funkcje życiowe bez zarzutu… Ale nadal był znacznie osłabiony. Nie zostawał sam. Nawet na minutę. Nie było chwili, żeby ktoś z drużyny nie siedział z nim w pokoju.
Natasha i Helen wpadły na pewien pomysł. Ogrzewać misia co pół godziny w mikrofali na koce. Później Peter przytulał go do siebie i dzięki jego ciepłu czuł się trochę lepiej.
- Później będę musiał trochę popracować. - powiedział, gładząc Petera po policzku. - Steve i Natasha dotrzymają Ci towarzystwa.
Peter pokiwał głową. Tony bez zastanawiania poprawił kaniulę, która lekko się przekrzywiła.
- To potrwa tylko kilka godzin. Obejrzycie sobie jakiś film, poczytacie książki… A jutro Natasha przeleci się po mieście, kupi Ci więcej nowych ciuchów i zajdzie do Twojej szkoły po lekce. - oznajmił, jakby to był coś normalnego. - Szybko zleci.
Odkąd Natasha przyniosła kilka kompletów chłopięcych piżam i Helen pozwoliła Peterowi się przebrać w jedną z nich, to tylko poprawiło mu nastrój. Wspólnie uznali to za dodatek do terapii. Coś, co dawało mu tę namiastkę normalności w tym medycznym otoczeniu.
- Przyniosłem rosół. - oznajmił Steve, wchodząc do pokoju. - Wojskowy. Bałem się, że nie będę mógł sobie przypomnieć przepisu, ale jednak się udało.
Postawił miskę z ciemnożółtym płynem na stoliku przed Peterem i położył obok łyżkę. Tony wstał i pomógł Peterowi usiąść, poprawiając jego poduszkę.
- Rozgrzeje Cię i złagodzi gardło. - wyjaśnił. - Jest cały garnek, więc dostaniesz tyle dokładek, ile tylko chcesz.
Tony poklepał Petera po ramieniu, kiedy Steve pomagał mu się usadowić wygodniej na łóżku.
- Muszę już lecieć. - powiedział do niego. - Steve, zostań z młodym.
- Jasne. - Steve pokiwał głową, podtrzymując Petera z tyłu, żeby nie upadł.

Tony przechadzał się ulicami Brooklynu, próbując znaleźć miejsce, w którym leżał Peter, kiedy zabierało go pogotowie. Pepper mówiła, że na alarm bezdomnego zareagował policjant… Gdzieś tu musi stać patrol.
Zwolnił kroku i rozejrzał się po ulicy. Po chwili zobaczył radiowóz stojący przy jednej z przecznic.
- Przepraszam pana bardzo… - zaczął, zaczepiając jednego z mundurowych.
- Widział pan napad? - zapytał, szukając notesu. - Proszę powiedzieć gdzie, zawiadomimy…
- Ja nie o tym… - Tony przerwał mu, kręcąc głową. Wyciągnął z kieszeni płaszcza zdjęcie Petera i pokazał gliniarzowi. - Szukam policjanta, który niecałe dwa tygodnie temu ratował tego chłopaka.
Policjant spojrzał na Tony’ego, a potem obrócił się pośpiesznie przez ramię.
- Pan z prasy? - prychnął.
- Nie. - pokręcił głową. - Nazywam się Tony Stark. Ten chłopak to mój stażysta, bardzo zdolny. Jego ciotka nawaliła i teraz chcę to naprawić.
- Henry, do Ciebie. - krzyknął przez ramię i chwilę później jego miejsce zajął inny, znacznie młodszy mundurowy.
- Jakiś problem, panie Stark? - zapytał, stając naprzeciwko niego.
- Przeciwnie… - pokręcił głową. - Jedenaście dni temu reanimował pan tego chłopca. Wezwał pogotowie, uratował mu życie. O co jestem panu bardzo wdzięczny, ale… interesują mnie bezdomni, którzy pana zaalarmowali.
Młody mężczyzna spojrzał na Tony’ego, a po chwili wahania powiedział:
- Nie wiem jak się nazywają, ale wiem, kto może wiedzieć o kogo chodzi. Dwie ulice dalej… stoi barowóz. Gorące napoje i całkiem niezłe zupy. W wozie jest dziewczyna, nie ma więcej niż dwadzieścia lat. Podarowała bezdomnym w Brooklynu swoje miski. Wszystkie znaczone. Masz miskę, dostajesz zupę za darmo. Mają je tylko bezdomni. Nie chciała, żeby ludzie ją kantowali. Zimą dwa razy dziennie napełnia im te miski tym co zostało. - wyjaśnił, krzyżując ramiona na piersiach. - Ma na imię Mary. Proszę spróbować zupy cebulowej. Jest naprawdę dobra. Kosztuje dolara. Kiedy będzie pan jadł… wszystko panu powie. Tylko musi pan ją przekonać, że ma pan dobre intencje.
- Dziękuję. - Tony pokiwał głową i pobiegł w miejsce wskazanym przez gliniarza.
- Proszę poczekać. - zawołał za nim. Dość szybko go dogonił. - Pokaże ją panu. Pomagam jej w tym mini procederze z bezdomnymi. Jeśli będę stał obok pana, szybciej panu zaufa.
Poszli razem w stronę wozu z żarciem, który stał na jednym z parkingów. Tony dostrzegł dziewczęcą dłoń z pomalowanymi na czarno paznokciami, która podawała kobiecie jednorazową miskę z parującą zupą.
- Mary, Mary! Masz chwilę? - zawołał gliniarz, a dziewczyna uśmiechnęła się na jego widok.
- Zapłaciłam z parking, pani władzo… - zachichotała.
Skinął Tony’emu głową, a ten wiedział, że to już ten moment.
- Jedną zupę cebulową, proszę. - powiedział Tony, kładąc na blacie jednodolarowy banknot.
- Proszę, łyżka. - oznajmiła uprzejmie, podając mu stołową, jednorazową łyżkę. - Już podaję zupę.
Obróciła się na pięcie, sięgając po kolejną jednorazową miskę. Taką samą, jaką wręczyła tamtej kobiecie.
- Proszę uważać, jest gorąca. - oznajmiła.
- Nazywam się Tony Stark. - zaczął, chcąc przejść do pierwszego pytania.
-A co mnie to? - rzuciła obojętnie, krojąc chleb na Podłużne paluszki.
-Nie zgrywaj się, Mary. - Zachichotał mundurowy. Henry? - On jest w porządku. Już wie, że bezdomni mówią Ci wszystko.
Mary spojrzała na Tony’ego wyczekująco. Położyła na blacie koszyczek a pokrojonym właśnie chlebem. Zamrugała, biorąc do ust jedną z miętówek.
- Jedenaście dni temu bezdomni znaleźli nastolatka. Nieprzytomnego, wychłodzonego… - powiedział, zanurzając łyżkę w swojej porcji zupy. - Chcę wiedzieć, co to za bezdomni.
- George i Richard. - rzuciła po krótkim zastanowieniu. - Czego pan od nich chce?
- Chcę im dać pracę. Nowy start. Szansę na wyjście z ulicy… nazwij to sobie jak chcesz. Uratowali mojego dzieciaka. Dlatego na to zasługują. - powiedział, podnosząc kęs zupy do ust. Zamrugał z niedowierzaniem, kiedy poczuł jej smak. - Łał… To naprawdę dobre.

- Dzieciaki nie powinny mieszkać na ulicy. - powiedział brudy i śmierdzący mężczyzna. Richard. - Kiedy go zobaczyłem, wiedziałem, że potrzebuje pomocy. Żeby przyprowadzić go do Mary było już za późno. Musiał się ukrywać. Gdybyśmy widzieli wcześniej, jak śpi na ulicy… Dostałby miskę.
- Tak to działa. - odezwał się drugi. - Jeden z nas musi przyprowadzić nowego, jeśli taki się pojawi. Porcje są raz mniejsze, raz większe, zależy ile jej zostanie. Wiemy, że musi zarabiać. Nie możemy na niej żerować, chociaż i tak to robimy. I tak dużo dla nas robi. Wiedziałem, że tamtego dnia Henry miał zmianę. On wiedział co robić.
Tony zamrugał, pociągając nosem. Cały czas słyszał w głowie tę krótką wymianę zdań, którą odbył z Peterem między jedną, a drugą drzemką.
- Dlaczego nie przyszedłeś do mnie? Od razu. - zapytał Petera, kiedy leżał płasko z świeżo nagrzanym misiem.
- Nie chciałem pana niepokoić. - wychrypiał.
- Młody, o takich sprawach masz mnie niepokoić. 
- Pan naprawdę chce mu pomóc, prawda? - zapytał George, wyrywając Tony’ego z zamyślenia.
Tony pokiwał głową, a facet obrócił się i sięgnął po coś co leżało wśród toreb i brudnych koców. Plecak Petera.
- Jak… - zaczął z zaskoczeniem.
- Znaleźliśmy to jakiś po tym, jak go zabrali. - wyjaśnił, stojąc obok kolegi. - A ten dzieciak… Przeżył, prawda?
- Tak, dochodzi do siebie. - Tony pokiwał głową. - Zbierajcie swoje rzeczy. Zabieram Was do siebie. Wykąpiecie się… upierzemy Wam ciuchy. Kiedy się ogarniecie, będziecie mieli rozmowę z moją szefową zasobów ludzkich. Powiecie jej co umiecie… A ona znajdzie Wam zajęcie i wyznaczy mieszkania w przestrzeni pracowniczej.

Tony wszedł do pokoju Petera i zobaczył, jak ten leży pogrążony we śnie. Steve przytkał palec do ust, nakazując mu ciszę. Tony skinął głową i usiadł na sąsiednim fotelu.
- Jadł lepiej? - zapytał cicho.
- Dwie porcje rosołu w ciągu pięciu godzin. - wyszeptał, kładąc na kolanach egzemplarz gazety, którą czytał. - Ma skurczony żołądek, bo w ciągu ostatnich dwóch tygodniu właściwie nic nie jadł. Jak na niego to i tak nieźle.
- Co mówi Helen? - zamrugał.
- Że jeśli odzyska dawną wagę, jego samoleczenie powinno wrócić do dawnego poziomu, ale nie możemy go popędzać. Musi to się stać w jego tempie. Kiedy mieszkał na ulicy właściwie nic nie jadł. Z jego metabolizmem to bardzo niebezpieczne. Pewnie w normalnych okolicznościach tak szybko nie doszłoby do tak tak skrajnej hipotermii.
- Jakoś nie chce mi się tego sprawdzać. - wymamrotał ledwo słyszalnie.
Steve spojrzał na niego z zaskoczeniem, które raczej nie wynikało z tego, co Tony właśnie powiedział. Raczej z tego, czego sam się myślał.
- Chcesz go adoptować, zgadza się? - zapytał.
- I to zrobię. - wychrypiał. - Dali mi namiary na dobrego prawnika. Żaden drogi zadufany typek, tylko prawnik z prawdziwego zdarzenia. Pomaga ludziom. Już z nim gadałem. Sądzi, że mam spore szanse. Po tym, jak mówiłem o Peterze, stwierdził, że między nim a mną jest emocjonalna więź.
- Bo jest. - skwitował Steve, uśmiechając się w ten swój łobuzerski sposób.
Teraz może być już tylko lepiej.

- Chce pan wyeliminować bezdomność w Nowym Jorku? - zapytała zszokowana Mary, kiedy Stark opowiedział jej o swoim planie. - To nie jest możliwe!
Oboje stali w jej barowozie, który w środku okazał się wyjątkowo przytulny. Kiedy usłyszał, jak dziewczyna gada w dziwnym azjatyckim języku... wiedział, że coś z tego będzie.
- Niby czemu tak sądzisz? - wzruszył ramionami.
- Na Brooklynie jest dwudziestu siedmiu bezdomnych. W całym Nowym Jorku chyba ze trzydzieści razy tyle. - zauważyła. - Nie można tego tak po prostu...
- Można. - pokiwał głową. - Moja firma się rozrasta, potrzebuję pracowników. Dostaną mieszkania pracownicze. Tych dwóch, którzy uratowali Petera sprawują się zaskakująco dobrze. Jeśli pozostali będą tacy dobrzy... Wchodzę w to. A nikt na Brooklynie nie zna bezdomnych tak dobrze jak Ty. Powiedz, od kogo mam zacząć. Kto ma najbardziej przerąbane?
- Jeśli chce Pan poznać wszystkich, musiałby pan tu spędzić cały dzień. - powiedziała cicho, siadając przy małym stoliku, przy którym zmieściłyby się tylko dwie osoby.
- To niska cena za informacje. - westchnął, przysiadając naprzeciwko niej. - Wiesz czym się zajmowali, zanim trafili na ulicę?
Pokiwała głową.
- Dobra, to o której zaczynasz? - zapytał.
- O piątej.
- Będę o dziewiątej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz