piątek, 11 października 2019

Część 12


- Na prawdę nie chcę tam iść! - zaprotestowała Lizzy, kiedy Tony powiedział jej o swoim pomyśle. - Już skończyłam szkołę.
- Liceum w ultra przyśpieszonym trybie. - pokiwał głową. - Podstawówka w tylko rok krócej, ale szkoła średnia w półtora roku. I dlaczego? Żebyś mogła dołączyć do cyrku?
Lizzy wywróciła oczami. Pewnie, gdyby nie rozmawiali sam na sam, Tony szukałby wsparcia wśród innych członków drużyny, a w tej sytuacji był zdany sam na siebie.
- Kiedy Baker wybierał mnie, żebym się Tobą zajął, wiedział co robi. - powiedział, spoglądając na nią z zastanowieniem. - Chcę Ci dać tę namiastkę normalności. A pójście do szkoły jest znacznie lepsze niż Twój pomysł.
- Mogłabym się dorzucić do rachunków. - wtrąciła szybko.
- Daruj sobie. - przerwał jej, zanim na nowo się rozkręci. - Teraz jesteś moją córką i nie możesz zabierać innym miejsc pracy. I to gdzie? W sklepie z elektroniką.
- Byłam w tym dobra. - udało jej się przebić przez jego słowotok. - Ostatnio, w LA...
- Już nie jesteś w LA. - pokręcił głową. - Podziwiam to, co zrobiłaś ze sprzętem Sama. Nawet lubię, kiedy przebijasz się przez zabezpieczenia Friday dla zabawy, ale musisz iść do szkoły. Konkretny plan treningowy ustalimy jeszcze dzisiaj. Zbroja jest Twoja i nie zamierzam Ci jej odbierać. Ale jeżeli dowiem się, że przebudowujesz ją bez mojej wiedzy…
- Tak, wiem… - wywróciła oczami, unosząc rękę. - Zmiany tylko za zgodą administratora.

Pierwszy dzień Lizzy w szkole Petera był nieco… burzliwy. Zaczęło się właściwie niepozornie, kiedy do szkoły przyjechała delegacja drużyny naukowej z Oregonu. Wtedy Peter zobaczył Liz po tym, jak nie widział jej prawie rok. Chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, jaką ma minę, wliczając otwarte usta.
- Kto to jest? - wymamrotała w stronę Neda.
- Liz Allen. - odpowiedział jej, upewniając się, że nikt ich nie podsłuchuje. - Kiedyś była dziewczyną Petera, znaczy przez jeden wieczór, bo zaprosił ją raz na bal. Była najładniejszą laską w szkole. Normalnie Peter nie miałby u niej szans, ale powiedziałem raz, że zna Spider-Mana i chwilę później zaprosiła go na imprezę.
- Zaprosiła go, tylko dlatego, że zna Spider-Mana? - uniosła brwi z zaskoczeniem.
- Na to wygląda. - Ned wzruszył ramionami z uśmiechem.
- Tępa dzida. - wymamrotała, wracając do swojego drugiego śniadania. - Kiedy ja przyjeżdżałam do innej szkoły na zawody, jedliśmy w szatni…
Zmarszczyła brwi, widząc jak goście rozkładają się, jakby byli u siebie. Możliwe, że przy okazji zawodów sportowych panowały inne zwyczaje niż przy tych naukowych. Nie miała pojęcia. Mimo, że była jedną z najlepszych uczennic w klasie, nie pchała się do drużyny naukowej. Nawet jako rezerwowa. Co prawda została mistrzynią kadetów stanu Kalifornia, ale nie chciała rozszerzać swojej kariery konkurencyjnej.
- Nawet jej nie znasz. - zauważył.
- Ale wystarczy mi wiedza o tym, jak potraktowała Petera, który jest jedną z najbardziej sympatycznych osób, jakie znam. - wyjaśniła. - Dlatego postarajmy się, żeby się do niego nie zbliżała, dobra?
Ned spojrzał na nią z zaskoczeniem. Nie wiedział co ma na myśli. Zastanawiał się jak ma zamiar to osiągnąć, ale nie zdążył.
- Cześć Wam. - oznajmił wesoło Peter, zajmując miejsce naprzeciwko ich dwojga. Lizzy w duchu odetchnęła z ulgą, bo Liz znajdowała się za jego plecami i w ten sposób nie mógł jej zobaczyć. - MJ zaraz do nas dołączy.
- O, super. - oznajmił Ned z szerokim uśmiechem.
- Kto to jest MJ? - Lizzy zmarszczyła brwi.
- Wyzywa nas od lamusów, ale i tak z nami siada. - Peter wzruszył ramionami. - Powiedzmy, że interakcja między nami jest trochę skomplikowana.
I tak zaczęło się polowanie przeciwko Liz Allen. Najlepsze było to, że MJ podsłuchała, że chce się dostać do nich do domu. Nie wnikali po co, ale to nadal była Kwatera Główna Avengers. Z tego co byli nauczeni, z ich szkolnych kolegów tylko Ned miał tam wstęp, więc i tak Peter nie mógłby jej zaprosić, ale i tak musieli pilnować żeby ta dwójka nie miała ze sobą kontaktu.
- Odpieprz się od mojej rodziny. - wypaliła, chwytając Liz za ramię, kiedy ona znowu próbowała podejść do Petera. - Z łaski swojej.
Liz spojrzała na nią jak na wariatkę, ale jej wcale to nie odstraszyło.
- Nawet Cię nie znam. - żachnęła się, ale Lizzy nie wyglądała na przejętą.
- Odezwij się do Petera chociaż jedną literą, spójrz na niego przynajmniej na ułamek sekundy, albo zbliż się do niego na pięć metrów, a złamię Ci rękę, rozumiesz? Kiwnij głową, jeśli tak.

Drugi incydent miał miejsce na drugiej przerwie obiadowej. Na tej, z której korzystają młodsze klasy, a starsze spędzają czas na dworze. Zaczęło się bardzo szybko, kiedy Lizzy poczuła i usłyszała głośne plaśnięcie w swój tyłek. Zareagowała błyskawicznie. Obróciła się i trafiła młodocianego zboka prosto w twarz, łamiąc mu nos.
Rozległy się gwizdy kolegów wokół nich. Lizzy udało się wychwycić zaledwie kilka zdań, ale przynajmniej udało jej się wychwycić jak nazywają palanta.
- Flash to chyba nie imię, co nie? - rzuciła, kiedy ten próbował zatamować krew. - Pewnie Twoje jest obciachowe…
Udawała głos małego dziecka, chcąc go tym drażnić. Oby udało jej się osiągnąć cel… po chwili spoważniała. Musiał widzieć ten kontrast.
- Dotknij którejkolwiek części mojego ciała jeszcze raz, a złamię Ci kolejną kość, jasne? - wycedziła przez zaciśnięte zęby.
- Nie masz pojęcia kim jest mój ojciec! - zawołał piskliwym głosem.
- I to ma mnie niby przestraszyć? - prychnęła. - Daruj sobie.
Kolejne klocki zaczęły się przewracać jeszcze przed końcem lekcji, bo Lizzy została wezwana do dyrektora. No, teraz to będzie zabawa…
- Flash Thomson twierdzi, że to Ty złamałaś mu nos. - oznajmił dyrektor, bezbarwnym, monotonnym tonem.
- Bo to prawda. - pokiwała głową. - Obrona konieczna.
Dyrektor spojrzał na nią z zaskoczeniem. Czyli dupek nie powiedział mu wszystkiego…
- Flash twierdzi, że bez powodu uderzyłaś go w twarz.
- Powód był. - zaprzeczyła. - Palant klepnął mnie w tyłek.
- To nie jest powód.
- Napastował mnie! - zawołała. - Gdyby ktoś chciał zgwałcić dziewczynę na środku korytarza też nie mogłaby się bronić?
- Wyolbrzymiasz, młoda damo! - podniósł nieco głos. - Wezwałem już Twojego opiekuna. Poniesiesz wszelkie konsekwencje swoich czynów!
- To jest molestowanie. - zawołała, nie dając za wygraną. - Uważa pan, że to w porządku. Dobra, to inaczej…
Zmusiła się, żeby się uspokoić. Musiała to tylko odpowiednio wykazać.
- Przejdę przez biurko i odsunę pańskie krzesło. Pochylę się i złapię pana za krocze. Dość mocno ścisnę. - oznajmiła, siedząc prosto. - Jaki będzie pański odruch?
- Nie odwracaj…
- A, czyli pańskie krocze jest chronione, ale moja dupa już nie? - zmarszczyła brwi. - Cudownie…
Nie chciała nic więcej mówić. Nie musiała. Do pokoju, bez żadnego pukania, wparował Tony we własnej osobie.
- Ned wszystko mi powiedział. - oznajmił, spoglądając na Lizzy, to na dyrektora. - Ukarze pan tego Thomsona?
- Jego? Miałem zamiar ukarać… I co pan tu właściwie robi, panie Stark?
- To moja córka.
- Dyrektor, którego nazwiska jeszcze nie zapamiętałam popiera molestowanie w swojej szkole. - westchnęła, zanim dorosły zdążył się odezwać.
- Zgłaszam to na policję. - oznajmił, sięgając po telefon.
- Pańska córka złamała nos innemu uczniowi!
Facet podniósł się z krzesła. Tony zamarł przed zatwierdzeniem numeru do połączenia.
- Broniła swojego honoru. Inni uczniowie widzieli co się stało. Mogę panu przyprowadzić przynajmniej troję uczniów, którzy opowiedzą co widzieli…
Dyrektor wyglądał na zbitego z tropu. Lizzy siedziała, czekając na dalszy rozwój wypadków. Poczeka sobie. Nigdzie się nie śpieszy. Happy i tak już zabrał Petera do domu.
Wszystko udało się załagodzić, kiedy siła nazwiska Stark przekonała faceta, że to rzeczywiście nie jest w porządku… obmacywać uczennice bez ich wyraźnego zezwolenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz