Peter leżał pod łóżkiem, wtulając się w ramię Natashy. Ćwiczyli kryjówkę na wypadek kontroli granicznej. Na razie leżeli tak prawie piętnaście minut. Przynajmniej tak się wydawało Natashy. Musieli wytrzymać jak najdłużej.
- W porządku? - zapytała cicho, kiedy zorientowała się, że Peter zaczyna się pocić.
- Trochę duszno, ale wytrzymam. - wyszeptał.
- Dobra, wystarczy. - wymamrotała, stukając dwukrotnie w ramę łóżka.
Po kilku sekundach łóżko się podniosło i oboje wytoczyli się na podłogę.
- Ile? - zapytała Natasha, patrząc na Cole’a, który przykręcał nogi łóżka powrotem do podłogi wagonu.
- Dwadzieścia trzy minuty. - odpowiedział, uśmiechając się półgębkiem. - Na szczegółową kontrolę wystarczy. Nikt postronny się nie zorientuje, że tu jesteście.
- Bogu dzięki. - westchnęła, pocierając ramiona Petera, który siedział, oddychając głęboko. - Dobrze wszystko?
- Tak. - pokiwał głową. - Po prostu… Nie lubię ciasnych przestrzeni.
- Oddychaj. - powiedziała cicho, kiwając głową. - Masz mdłości?
- Nie, po prostu… - zakaszlał. - To ja może skoczę do łazienki.
Wstał na chwiejnych nogach, pośpiesznie mrugając. Pewnie, żeby odgonić mdłości, które nawiedzają klaustrofobików.
- Dam radę. - powiedział szybko, kiedy Cole już do niego doskoczył, chcąc go podtrzymać za ramiona. - Muszę tylko… Się ogarnąć.
Natasha i Cole zostali sami w niewielkiej podwójnej sypialni. Nat przeczesała sobie dłonią włosy i oparła się o szafę. Nie wiedziała, jak dzieciak to wszystko zniesie. Ona była do tego przyzwyczajona. Ale on… Nie była tego taka pewna.
- Wszystko gra? - zapytał, patrząc na nią z troską.
- Tak, po prostu… - zaczęła, starając się dobrać jakoś sensownie słowa. - Martwię się, że on tego nie zniesie.
- Oj, Romanoff… - prychnął z kpiącym uśmieszkiem. - Zmiękłaś.
- Teraz jesteśmy tutaj. - oznajmiła Li, wskazując jeden z większych punktów na Mapie Europy. - Teraz jedziemy do Mińska. Tam mamy misję i postój załadunkowy.
- I tak musimy się zatrzymać na najbliższym dworcu. - wtrącił Lucas, opierając się o jedno z krzeseł. - Wody ledwie starczy do jutra.
- Załatw to. - rozkazał Cole i zajrzał Li przez ramię.
Wszyscy siedzieli przy wielkim stole, a tak właściwie się wokół niego tłoczyli. Peter patrzył z jednej osoby na drugą, nie wiedząc o czym tak naprawdę rozmawiają. Zerknął na Natashę, która wyglądała na spokojną, jakby to nie była pierwsza taka rozmowa w której uczestniczyła.
- Jeśli chodzi o Waszą dwójkę… - zaczął Cole, na co Peter podniósł głowę. - Jak nas nie ma, siedzicie w swojej sypialni. Najlepiej po ciemku. Mówiąc wprost… udajecie, że Was nie ma.
- To ja się prześpię. - wymamrotał Peter.
- Spokojnie, nikt do Was nie zajrzy. - Amber machnęła ręką. - Będziecie zamknięci.
- Mogę Wam zostawić moją empeczwórkę i czytnik e-booków, mam sporo nowych pozycji. - Zaproponowała Lizzy.
Peter uśmiechnął się do niej pod nosem. W tym czasie Alex, opiekunka kucyków, z tego co zrozumiał Peter, podeszła do nich z wielkim półmiskiem z klopsami.
- Kolacja, zróbcie tu miejsce. - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - No już…
„Jak młody?”
Natasha westchnęła, patrząc na wiadomość do Cole’a w telefonie Li, który zostawiła im na wszelki wypadek. Westchnęła, spoglądając na śpiącego na łóżku Petera.
„Śpi. Może to i lepiej” - odpisała, odkładając komórkę na szafkę nocną.
Wstała, przechadzając się po niewielkim pokoiku w wagonie mieszkalnym. Plan, który który zaczęła układać od momentu startu ich pierwszego samolotu powoli nabierał coraz sensowniejszych kształtów. Dojadą okrężną drogą do Londynu z niewielką przerwą na załadunek i misje. Szybkie przeniesienie na prom, żeby pokonać wodę i już są w domu. Mieszkanie już było, praca sekretarki zaklepana, dzięki uprzejmości Li, która odświeżyła swoje kontakty z początków pracy w MI6. Pozostało tylko się urządzić, dopracować przykrywkę, a jak już wszystko będzie gotowe, znaleźć Peterowi szkołę. Brzmi prosto, prawda? Z punktu widzenia osoby postronnej… zniknęli. Nikt poza szpiegowską trupą cyrkową nie ma pojęcia, gdzie teraz są i z kim. Jeszcze tylko kilka dni… I będą już bezpieczni.
Nowe mieszkanie wyglądało całkiem przytulnie, przynajmniej tak wydawało się Peterowi. Bo czego się spodziewał? Szarych ścian, kuchenki i kilku konserw? A zastali odnowione, w pełni uposażone lokum, co nieźle mu pasowało. Co prawda Natasha musiała jeszcze skończyć do sklepu po kilka rzeczy, ale poza tym wszystko było jak trzeba.
- Nowy telefon. - oznajmiła Natasha, wręczając Peterowi niewielkie kartonowe pudełko. - W środku jest nowa karta pamięci i karta sim. Za chwilę wymienimy się numerami. Powiem Twoim nauczycielom, że telefony ode mnie masz odbierać. Nie ważne, czy sprawdzian, czy zwykła lekcja… Masz odbierać.
- Nat, znam zasady. - wywrócił oczami. - W pociągu powtórzyłaś mi je chyba z pięćdziesiąt razy.
Natasha westchnęła, kręcąc głową. Trochę się denerwowała. Co prawda mieszkanie, które zajmowali okazało się lepsze, niż się spodziewała, ale nadal pozostało trochę pracy. Pieniądze, które im zostały wystarczą na nowe ubrania, podstawowe wyposażenie i pierwszy miesiąc życia, ale dalej muszą sobie radzić sami.
- Wiem, przepraszam. - westchnęła, siadając na jednym ze stołków barowych w kuchni. - Trochę się martwię.
- Tak, wiem. - wymamrotał, spuszczając spojrzenie. - Poradzimy sobie, zobaczysz. Pójdę do szkoły, Ty do pracy i nikt nas nie rozpozna. Będziemy jak normalna rodzina na imigracji.
Rozległo się pukanie. Natasha podniosła głowę, patrząc jak Peter podbiega do drzwi i szybko je otwiera.
- Dzień dobry, ja jestem żoną gospodarza budynku. - rozległ się głos starszej osoby. - Mąż powiedział mi, że wczoraj się tu sprowadziłeś ze swoją mamą. Czy mogłabym…
- Oczywiście! - zawołała Nat z części kuchennej. - Peter, wpuść panią.
Peter zrobił miejsce, żeby starsza pani mogła wejść. Natasha odrzuciła rękawice kuchenne i przeszła przez niewielką część kuchenną, która płynnie łączyła się z salonem.
- Po pierwsze nie jestem jego matką, tylko macochą. - powiedziała od razu, kiedy Peter wyciągał kubki i wstawiał wodę na herbatę. - A po drugie miałam jakieś czternaście lat, kiedy Peter się urodził, więc to raczej nie jest możliwe.
- Mam rozumieć, że pani mąż nie żyje? - rzuciła kobieta, siadając przy niewielkim stole.
- Niestety żyje. - Natasha wzruszyła ramionami, powstrzymując się od parsknięcia krótkim, kpiącym śmiechem.
- Niestety… Co pani…
- Peter, idź proszę do siebie. - rzuciła, patrząc kobiecie w oczy.
- Ale… - zaczął, chcąc protestować. „Wyobraź sobie, że Ross to Twój zwyrodniały ojciec przed którym uciekamy”, powiedziała mu w pociągu.
- Jutro pierwszy dzień w nowej szkole. - odparła, wciąż patrząc w twarz kobiety. - Na pewno już przysłali plan na maila. - No idź…
Peter westchnął i ze zbolałą miną poszedł do swojego nowego pokoju.
- Gdyby mój mąż nie żył… zostalibyśmy w Los Angeles. Może pani mąż i ojciec to kochający mężczyźni, ale my nie mieliśmy tyle szczęścia. - zaczęła łamiącym się głosem. - Uciekliśmy tak daleko, żeby nie mógł nas znaleźć. Wyciągnęłam z prywatnego konta wszystkie pieniądze po tym, jak pobił mnie do nieprzytomności, a Peterowi złamał rękę. Kiedy dochodziliśmy do siebie… ukrywaliśmy się u mojego szefa. Ale i tam nas znalazł. Dlatego uciekliśmy. I dlatego proszę nie poruszać przy Peterze tego tematu. To dla niego bardzo trudne.
- Mam Twoje batony mleczne, nową książkę do fizyki i te orzechy, które chciałeś. - oznajmiła, wyjmując z torby na zakupy kolejne przedmioty. - Kupiłam jeszcze epinefrynę w aptece, na wypadek, gdyby ta sąsiadka znowu wtykała Ci te swoje ciasteczka z cynamonem. I jeszcze trzeba oddać jedną strzykawkę temu sąsiadowi z astmą.
Peter patrzył jak Natasha rozkłada zakupy. Chowa kilka rzeczy do szuflad i odkłada materiałowe torby do szafki pod zlewem.
- Co jest? - zapytała, siadając naprzeciwko niego. - Masz jakiś… problem? Nie chcą z Tobą rozmawiać w szkole?
- To nie to. - pokręcił głową. - Brakuje mi przyjaciół z Nowego Jorku. Jesteśmy tu ile… dwa tygodnie? Kiedy zadzwonisz do Tony’ego?
- W piątek, mówiłam Ci już. - odpowiedziała spokojnie. - Będzie dobrze. Musimy tylko pilnować przykrywki.
- Tak, wiem. - powtórzył. - Pójdę odrobić lekcje.
Peter obudził się o siódmej rano. Zamrugał, czując znajomy zapach spalenizny. Usiadł gwałtownie na łóżku, wciąż nie otwierając oczu.
Był w domu.
Był w Queens.
Czar prysł, kiedy rozejrzał się po pokoju. May nie mogła przypalić śniadania. Nie mogła, bo jej tu nie było. Natychmiast jego ciałem wstrząsnął szloch. Dlaczego nic nie może być takie jak dawniej?
- Peter, obudziłeś się już? - usłyszał krzyk Natashy z kuchni. - Peter…
Musiała być zaniepokojona jego jękami, bo wbiegła do jego sypialni.
- Co się dzieje? - zapytała z niepokojem. - Miałeś zły sen?
Patrzyła na niego z troską, która z dnia na dzień wydawała mu się coraz większa. Czy Nat mu… matkowała?
- Poczułem spaleniznę… - wyszlochał. - Wtedy pomyślałem, że jestem znowu… no, że jestem w Queens.
Myślał, że jest w domu. Chciał powiedzieć „w domu”.
- Oj, Peter… - westchnęła, przyciągając go do siebie i przytulając. - Tylko przypaliłam naleśnika. Poszłam odebrać telefon i nie zestawiłam patelni z palnika. Przepraszam… Tak bardzo Cię przepraszam.
piątek, 23 sierpnia 2019
poniedziałek, 12 sierpnia 2019
Część 6
- Pakujcie się. - rozkazał Stark, obejmując spojrzeniem pokój Petera i miejsce Natashy. - Musicie uciekać.
- Każesz nam się pakować, ale nie mówisz dlaczego. - wykrztusiła.
- Ross wie, że Peter jest Spider-Manem. - powiedział cicho. - Chce go zabrać do Tratwy i przeprowadzić jakieś testy. Nie wiem jakie, ale raczej nie będzie łagodnym „Wujkiem Tedem”.
Natasha wybałuszyła oczy, patrząc na niego z zaskoczeniem.
- Przygotowałem Wam lewe papiery. Romanoff, nadal masz te swoje kryjówki z czasów KGB i Tarczy? - zawołał, patrząc, jak Peter wkłada do torby swoją granatową bluzę. - Nie, tego nie bierz! Za bardzo charakterystyczne.
-To moja ulubiona bluza. - zaprotestował.
-Wiem. - pokiwał głową. - Kiedy wrócicie będziesz mógł dalej w niej chodzić, ale teraz musisz ją zostawić. Gdzie są najdalsze?
Natasha była już gotowa. Wiedziała, że to pytanie jest skierowane do niej. Miała dwie torby. Na Bóg wie na jak długo. Zaskakująco mało rzeczy.
- Europa? - zapytał cicho, patrząc w jej twarz.
- Rosja, Czechy, Niemcy, Wielka Brytania… - wymieniała, wzruszając ramionami.
- Ustal trasę, poruszajcie się linią ekonomiczną… - powiedział. - Czego potrzebujecie?
- Gotówki. - odpowiedziała szybko, zabierając telefon Petera i odkładając go na szafkę nocną.
-Mam tam wszystkie zdjęcia. - zaprotestował po raz kolejny.
-Żadnych telefonów, ani kart kredytowych. - zakazała. - Mogą nas namierzyć. Weź Kartę Pamięci. Nie ma żadnych nadajników.
Peter siedział na jednym z foteli, patrząc jak Natasha kreśli coś na mapie świata. Było za dużo linii. Nie wiedział co oznaczają.
- Dokąd lecimy? - zapytał.
- Do Tokio. - odpowiedziała, odwracając się do niego. - Ale to tylko przesiadka. Później do Rumunii. Spędzimy tam jedną noc. Musimy zmienić wygląd.
Peter zamrugał, patrząc na nią ze smutkiem. Pozwoliła mu zabrać kartę pamięci, ale nie powiedziała, jak będzie można odtworzyć to, co na niej jest.
- To konieczne? - skrzywił się z niesmakiem. - A… Gdzie zamieszkamy?
- W Londynie. - odpowiedziała. - Mam tam przyjaciela, pracuje dla MI6. Kiedy trafimy do Czech, zabierze nas. Wiem, że jego trupa…
- Trupa? - skrzywił się z zaskoczeniem.
- Cyrkowa. - uśmiechnęła się do niego i położyła dłoń na jego policzku. - To niezły środek transportu. Nie kontrolują ich na przejściach granicznych. Mają własny pociąg. To nie pierwsza klasa, ale będziemy mogli się dobrze przespać.
Natasha wyszła z łazienki z ręcznikiem na głowie. Skrzyżowała ramiona na piersiach i spojrzała na Petera, który leżał na łóżku w tanim motelu, przeglądając wydruki ze swojego telefonu. Zahaczyła o punkt ksero, kiedy kupowała farbę do włosów. Jeśli Peter dobrze będzie się krył z tymi wydrukami, nikt nie zwróci na nich uwagi.
- Jak się trzymasz? - zapytała, siadając przy nim.
- Trochę dziwnie. - wzruszył ramionami. - Nigdy nie byłem poza Nowym Jorkiem dłużej niż kilka godzin. Ile to ma potrwać?
Spojrzał na nią z nadzieją w oczach. Liczył, że to nie będzie długi przedział czasu. Natasha zaczerpnęła głęboki oddech i usiadła obok niego, obejmując go ramieniem.
- Możliwe, że nawet rok. - powiedziała cicho. Rok? Czyli kiedy wrócą, będzie miał prawie siedemnaście lat. - Co dwa tygodnie będę się kontaktować z Tony’m. Powie nam, czy jest bezpiecznie. Nauczyłeś się życiorysu?
-Jesteś Natalia Davidson, pracowałaś jako sekretarka w firmie serwisowej w Burbank. Jesteś moją macochą. Uciekamy od Twojego męża, który bił nas oboje. Ja jestem jego synem z poprzedniego małżeństwa. Nazywam się Peter Davidson i chodziłem do liceum w North Hollywood.
- Jak masz mnie nazywać?
- Nat. Albo Natalia. Nigdy Natasha.
- Świetna robota. - pochwaliła.
Wzięła głęboki oddech, przeczesując jego włosy palcami. Teraz krótsze i wyprostowane wydawały jej się dziwnie obce.
- Na jaki kolor farbujesz włosy? - zapytał po dłuższej chwili ciszy.
- Blond. - odpowiedziała. - Wszyscy kojarzą mnie od rudego.
- Lubię rudy. - wymamrotał, wtulając się w jej ramię. - Pasuje Ci. Będzie mi się trudno przyzwyczaić.
- Przyzwyczaisz się. - pocieszyła go. - To nadal ja.
Natasha postawiła walizkę u stóp Petera i spojrzała na niego z niepokojem. Mieli za sobą koszmarną i wyczerpującą podróż. Z miasta do miasta. Z lotniska na lotnisko… z dworca na dworzec. Teraz znaleźli cyrk… Ale nie wiedzieli, czy ich zabiorą.
- Zaczekaj tu chwilę. - powiedziała. - Z nikim nie rozmawiaj. Jeśli ktoś Cię o coś zapyta, udawaj, że nie rozumiesz. Zaraz wrócę.
- Jasne. - pokiwał głową. - A czy…
- Chcę tylko z nim porozmawiać. Jeśli nas nie zabiorą… Poszukamy innego wyjścia.
Peter pokiwał głową i patrzył, jak odchodzi. Powtarzał sobie w myślach co ma mówić, kiedy zadają mu na granicy te same pytania. Natasha mu mówiła, że to ważne. A on jej ufał.
Patrzył jak Nat odchodzi i zaczepia jakiegoś faceta. Otworzył szeroko usta, kiedy on objął ją i poklepał po plecach z wyraźną ulgą. Potem rzucił Peterowi szybkie spojrzenie i pokiwał głową.
Natasha podbiegła do niego i chwyciła jedną z dwóch walizek.
- Chodź, zabieramy się z nimi.
Peter poszedł, trzymając ją za rękę. Oboje wsiedli do pociągu. Zaraz za tym facetem. Przypominał mu Thora. Śniadego Thora z brytyjskim akcentem.
- Jest bezpiecznie, możemy rozmawiać. - powiedział ten facet, zasuwając drzwi wagonu. - To jest ten Wasz uczeń?
- Tak, To jest Peter. - pokiwała głową. - Peter… To jest Cole. Pracuje dla MI6.
- Miło mi. - wymamrotał.
- Właśnie mówiłem Nat, że wszyscy w tym pociągu to szpiedzy. Cyrk to niezła przykrywka. Możemy rozpracowywać przemytników i nikt nas o nic nie podejrzewa. - wyjaśnił, wskazując im miejsca na kanapie przykręconej do podłogi. - Z tyłu są klatki, Sypialnie są w siedmiu wagonach, Jedna pusta. W każdym wagonie są cztery sypialnie. Zmieścicie się w tę psutą. Mamy po drodze jeszcze trzy misje, zanim wrócimy do Londynu, minie pięć dni. Poproszę Lizzy, żeby Was oprowadziła, kiedy skończy karmić.
- Lizzy? - powtórzyła Natasha, z wyraźnym zaskoczeniem.
- Ma szesnaście lat, tresuje tygrysy. - odpowiedział, przechodząc do części kuchennej i wlewając wodę do czajnika. - Zrekrutowana do CIA rok temu, bardzo zdolna, zaraz potem skończyła szkołę w trybie przyśpieszonym. Nie zabija, ale strzela niesamowicie. Inteligentna. Prowadzi tutejszą biblioteczkę. Ostatnio jeden burmistrz zapłacił nam w starych książkach… Wybierzesz sobie kilka. Słyszałem, że masz tylko jedną.
Peter potrzebował chwili, żeby się zorientować, że dwa ostatnie zdania są skierowane do niego. Otworzył usta, patrząc na niego z zaskoczeniem.
- Eee… Dziękuję. - wychrypiał.
Lizzy okazała się szczupłą, ładną dziewczyną z długimi brązowymi włosami. Wyglądała na miłą. Mogła być nawet w wieku Petera, co nieźle go zaskoczyło.
- Łazienka jest tutaj, tutaj robimy pranie, a tutaj jest salon. Mamy nawet telewizor. - wyjaśniła, wskazując drzwi za drzwiami. - Antonia poznasz dopiero jutro, bo po jedzeniu zwykle śpi. Nie bój się, nie jest tak groźny, jak się wydaje. Jest całkiem milutki.
Wzruszyła ramionami, wchodząc do jednego z pomieszczeń.
- A tu jest czytelnia. - powiedziała, wskazując na dosyć pokaźny regał z książkami. - Mamy głównie powieści w trzech językach, ale znajdzie się jeszcze kilka podręczników akademickich sprzed dwudziestu lat. Cole mówił Wam, jakie są zasady?
- Zasady? - powtórzył zszokowany.
- Jasne. - wymamrotała, ale zaraz otrząsnęła z siebie tę niewielką odrobinę sarkazmu. - Kiedy jedziemy, możecie się poruszać po całym pociągu. Kiedy stoimy, siedzicie w sypialni. Widziałeś już Wasz pokój?
- Tak, przytulny. - pokiwał głową. - Jak… Czemu jesteś szpiegiem? Nie wolałabyś po prostu chodzić do szkoły?
- Połowa mojej rodziny to szpiedzy. - wyjaśniła, sięgając po jedną z wysłużonych książek, odpinając zaczep podtrzymujący ją na półce. - A moja pierwsza misja była właśnie w szkole. Powiedzmy, że już się z tym pogodziłam. Trzymaj. Warto zacząć do tej.
Peter wziął do ręki książkę i spojrzał na okładkę. Uśmiechną się na widok autora.
- Oczywiście możesz ją zatrzymać. - powiedziała szybko. - Mamy jakieś trzy egzemplarze…
- Każesz nam się pakować, ale nie mówisz dlaczego. - wykrztusiła.
- Ross wie, że Peter jest Spider-Manem. - powiedział cicho. - Chce go zabrać do Tratwy i przeprowadzić jakieś testy. Nie wiem jakie, ale raczej nie będzie łagodnym „Wujkiem Tedem”.
Natasha wybałuszyła oczy, patrząc na niego z zaskoczeniem.
- Przygotowałem Wam lewe papiery. Romanoff, nadal masz te swoje kryjówki z czasów KGB i Tarczy? - zawołał, patrząc, jak Peter wkłada do torby swoją granatową bluzę. - Nie, tego nie bierz! Za bardzo charakterystyczne.
-To moja ulubiona bluza. - zaprotestował.
-Wiem. - pokiwał głową. - Kiedy wrócicie będziesz mógł dalej w niej chodzić, ale teraz musisz ją zostawić. Gdzie są najdalsze?
Natasha była już gotowa. Wiedziała, że to pytanie jest skierowane do niej. Miała dwie torby. Na Bóg wie na jak długo. Zaskakująco mało rzeczy.
- Europa? - zapytał cicho, patrząc w jej twarz.
- Rosja, Czechy, Niemcy, Wielka Brytania… - wymieniała, wzruszając ramionami.
- Ustal trasę, poruszajcie się linią ekonomiczną… - powiedział. - Czego potrzebujecie?
- Gotówki. - odpowiedziała szybko, zabierając telefon Petera i odkładając go na szafkę nocną.
-Mam tam wszystkie zdjęcia. - zaprotestował po raz kolejny.
-Żadnych telefonów, ani kart kredytowych. - zakazała. - Mogą nas namierzyć. Weź Kartę Pamięci. Nie ma żadnych nadajników.
Peter siedział na jednym z foteli, patrząc jak Natasha kreśli coś na mapie świata. Było za dużo linii. Nie wiedział co oznaczają.
- Dokąd lecimy? - zapytał.
- Do Tokio. - odpowiedziała, odwracając się do niego. - Ale to tylko przesiadka. Później do Rumunii. Spędzimy tam jedną noc. Musimy zmienić wygląd.
Peter zamrugał, patrząc na nią ze smutkiem. Pozwoliła mu zabrać kartę pamięci, ale nie powiedziała, jak będzie można odtworzyć to, co na niej jest.
- To konieczne? - skrzywił się z niesmakiem. - A… Gdzie zamieszkamy?
- W Londynie. - odpowiedziała. - Mam tam przyjaciela, pracuje dla MI6. Kiedy trafimy do Czech, zabierze nas. Wiem, że jego trupa…
- Trupa? - skrzywił się z zaskoczeniem.
- Cyrkowa. - uśmiechnęła się do niego i położyła dłoń na jego policzku. - To niezły środek transportu. Nie kontrolują ich na przejściach granicznych. Mają własny pociąg. To nie pierwsza klasa, ale będziemy mogli się dobrze przespać.
Natasha wyszła z łazienki z ręcznikiem na głowie. Skrzyżowała ramiona na piersiach i spojrzała na Petera, który leżał na łóżku w tanim motelu, przeglądając wydruki ze swojego telefonu. Zahaczyła o punkt ksero, kiedy kupowała farbę do włosów. Jeśli Peter dobrze będzie się krył z tymi wydrukami, nikt nie zwróci na nich uwagi.
- Jak się trzymasz? - zapytała, siadając przy nim.
- Trochę dziwnie. - wzruszył ramionami. - Nigdy nie byłem poza Nowym Jorkiem dłużej niż kilka godzin. Ile to ma potrwać?
Spojrzał na nią z nadzieją w oczach. Liczył, że to nie będzie długi przedział czasu. Natasha zaczerpnęła głęboki oddech i usiadła obok niego, obejmując go ramieniem.
- Możliwe, że nawet rok. - powiedziała cicho. Rok? Czyli kiedy wrócą, będzie miał prawie siedemnaście lat. - Co dwa tygodnie będę się kontaktować z Tony’m. Powie nam, czy jest bezpiecznie. Nauczyłeś się życiorysu?
-Jesteś Natalia Davidson, pracowałaś jako sekretarka w firmie serwisowej w Burbank. Jesteś moją macochą. Uciekamy od Twojego męża, który bił nas oboje. Ja jestem jego synem z poprzedniego małżeństwa. Nazywam się Peter Davidson i chodziłem do liceum w North Hollywood.
- Jak masz mnie nazywać?
- Nat. Albo Natalia. Nigdy Natasha.
- Świetna robota. - pochwaliła.
Wzięła głęboki oddech, przeczesując jego włosy palcami. Teraz krótsze i wyprostowane wydawały jej się dziwnie obce.
- Na jaki kolor farbujesz włosy? - zapytał po dłuższej chwili ciszy.
- Blond. - odpowiedziała. - Wszyscy kojarzą mnie od rudego.
- Lubię rudy. - wymamrotał, wtulając się w jej ramię. - Pasuje Ci. Będzie mi się trudno przyzwyczaić.
- Przyzwyczaisz się. - pocieszyła go. - To nadal ja.
Natasha postawiła walizkę u stóp Petera i spojrzała na niego z niepokojem. Mieli za sobą koszmarną i wyczerpującą podróż. Z miasta do miasta. Z lotniska na lotnisko… z dworca na dworzec. Teraz znaleźli cyrk… Ale nie wiedzieli, czy ich zabiorą.
- Zaczekaj tu chwilę. - powiedziała. - Z nikim nie rozmawiaj. Jeśli ktoś Cię o coś zapyta, udawaj, że nie rozumiesz. Zaraz wrócę.
- Jasne. - pokiwał głową. - A czy…
- Chcę tylko z nim porozmawiać. Jeśli nas nie zabiorą… Poszukamy innego wyjścia.
Peter pokiwał głową i patrzył, jak odchodzi. Powtarzał sobie w myślach co ma mówić, kiedy zadają mu na granicy te same pytania. Natasha mu mówiła, że to ważne. A on jej ufał.
Patrzył jak Nat odchodzi i zaczepia jakiegoś faceta. Otworzył szeroko usta, kiedy on objął ją i poklepał po plecach z wyraźną ulgą. Potem rzucił Peterowi szybkie spojrzenie i pokiwał głową.
Natasha podbiegła do niego i chwyciła jedną z dwóch walizek.
- Chodź, zabieramy się z nimi.
Peter poszedł, trzymając ją za rękę. Oboje wsiedli do pociągu. Zaraz za tym facetem. Przypominał mu Thora. Śniadego Thora z brytyjskim akcentem.
- Jest bezpiecznie, możemy rozmawiać. - powiedział ten facet, zasuwając drzwi wagonu. - To jest ten Wasz uczeń?
- Tak, To jest Peter. - pokiwała głową. - Peter… To jest Cole. Pracuje dla MI6.
- Miło mi. - wymamrotał.
- Właśnie mówiłem Nat, że wszyscy w tym pociągu to szpiedzy. Cyrk to niezła przykrywka. Możemy rozpracowywać przemytników i nikt nas o nic nie podejrzewa. - wyjaśnił, wskazując im miejsca na kanapie przykręconej do podłogi. - Z tyłu są klatki, Sypialnie są w siedmiu wagonach, Jedna pusta. W każdym wagonie są cztery sypialnie. Zmieścicie się w tę psutą. Mamy po drodze jeszcze trzy misje, zanim wrócimy do Londynu, minie pięć dni. Poproszę Lizzy, żeby Was oprowadziła, kiedy skończy karmić.
- Lizzy? - powtórzyła Natasha, z wyraźnym zaskoczeniem.
- Ma szesnaście lat, tresuje tygrysy. - odpowiedział, przechodząc do części kuchennej i wlewając wodę do czajnika. - Zrekrutowana do CIA rok temu, bardzo zdolna, zaraz potem skończyła szkołę w trybie przyśpieszonym. Nie zabija, ale strzela niesamowicie. Inteligentna. Prowadzi tutejszą biblioteczkę. Ostatnio jeden burmistrz zapłacił nam w starych książkach… Wybierzesz sobie kilka. Słyszałem, że masz tylko jedną.
Peter potrzebował chwili, żeby się zorientować, że dwa ostatnie zdania są skierowane do niego. Otworzył usta, patrząc na niego z zaskoczeniem.
- Eee… Dziękuję. - wychrypiał.
Lizzy okazała się szczupłą, ładną dziewczyną z długimi brązowymi włosami. Wyglądała na miłą. Mogła być nawet w wieku Petera, co nieźle go zaskoczyło.
- Łazienka jest tutaj, tutaj robimy pranie, a tutaj jest salon. Mamy nawet telewizor. - wyjaśniła, wskazując drzwi za drzwiami. - Antonia poznasz dopiero jutro, bo po jedzeniu zwykle śpi. Nie bój się, nie jest tak groźny, jak się wydaje. Jest całkiem milutki.
Wzruszyła ramionami, wchodząc do jednego z pomieszczeń.
- A tu jest czytelnia. - powiedziała, wskazując na dosyć pokaźny regał z książkami. - Mamy głównie powieści w trzech językach, ale znajdzie się jeszcze kilka podręczników akademickich sprzed dwudziestu lat. Cole mówił Wam, jakie są zasady?
- Zasady? - powtórzył zszokowany.
- Jasne. - wymamrotała, ale zaraz otrząsnęła z siebie tę niewielką odrobinę sarkazmu. - Kiedy jedziemy, możecie się poruszać po całym pociągu. Kiedy stoimy, siedzicie w sypialni. Widziałeś już Wasz pokój?
- Tak, przytulny. - pokiwał głową. - Jak… Czemu jesteś szpiegiem? Nie wolałabyś po prostu chodzić do szkoły?
- Połowa mojej rodziny to szpiedzy. - wyjaśniła, sięgając po jedną z wysłużonych książek, odpinając zaczep podtrzymujący ją na półce. - A moja pierwsza misja była właśnie w szkole. Powiedzmy, że już się z tym pogodziłam. Trzymaj. Warto zacząć do tej.
Peter wziął do ręki książkę i spojrzał na okładkę. Uśmiechną się na widok autora.
- Oczywiście możesz ją zatrzymać. - powiedziała szybko. - Mamy jakieś trzy egzemplarze…
poniedziałek, 5 sierpnia 2019
Część 5
- Jest bardzo silny, da sobie radę!
- Ale jak długo? To dziesięć ton! Nie tylko towar, ale i ludzie. Nie da się wywalić towaru, nie wyrzucając najpierw ludzi.
- Zamknijcie się, on to wszystko słyszy!
Peter słyszał kłótnię pozostałych członków drużyny. Trzymał dwa kontenery na swojej sieci oplecionej wokół stalowej liny, które na szczęście nie pękały. Jego sieć już dawno by się odlepiła, gdyby co chwilę nie wylewał nowej. Ale w taki sposób trzymało.
- Jeszcze trochę, Pete! - Peter usłyszał głos Tony'ego. - Już prawie wszyscy wyszli.
Ludzie. W środku byli ludzie. Musiał poczekać, aż wszystkich wydostaną. Jeśli puści... wszyscy spadną do wody. Peter czuł, że nie może oddychać. Jego skóra na ramionach już zaczynała pękać. Czuł nie tylko pieczenie, ale i rwanie. Mimo, że im więcej ludzi opuszczało kontener... On już przestał czuć ubywający ciężar.
- Peter, już wszyscy... Możesz puścić. - usłyszał delikatny głos Steve'a. - Sam już po Ciebie leci.
Puścił sieć, a puste kontenery spadły do rzeki. Zwiesił głowę, starając się oddychać. Poczuł, jak Sam obejmuje go ramionami. Teraz mógł się już rozluźnić.
- Peter! - usłyszał zamglony głos pana Starka.
- Połóżcie go. - rozkazał Bruce. - Ostrożnie. Uwaga na głowę. Thor, przynieś koce. Steve, zestaw opatrunkowy. Muszę opanować krwawienie. Peter... słyszysz mnie?
Thor? A co on tu robił?
Poczuł czyjeś dłonie na swoich ramionach, a później jego głowa spoczęła na szczupłych kolanach. Ktoś zerwał mu maskę z twarzy.
Otworzył oczy. Zobaczył rude loki Natashy i skupioną twarz doktora Bannera. Leżał na podłodze Quinnjeta.
- Spróbuj się nie ruszać, dobrze? - poprosił, kiedy dłoń Natashy odgarnęła jego włosy z oczu. - Muszę zatamować krwawienie na Twoich przedramionach. Jak się czujesz?
- Zimno... - wystękał bezgłośnie, ale wiedział, że zrozumieli, co chce powiedzieć.
- To przez osłabienie i utratę krwi. Za chwilę dostaniesz koce. Nie zasypiaj. Jeszcze nie...
Ale zasnął.
Kiedy się obudził, leżał na noszach w odrzutowcu. Słyszał, że lecą. Czuł, że jest opatulony kocami. Leżał na boku. Czuł, że ma coś na twarzy.
- Bruce... - zawołała Natasha. Peter dostrzegł jej czarno-czerwony pasek. - Obudził się.
Usłyszał kroki. Chwilę później zobaczył Doktora Bannera, który się nad nim pochylił.
- Peter, już dobrze. Jesteś bardzo słaby, ale jak tylko dolecimy do bazy, podamy Ci coś na wzmocnienie. - powiedział wyraźnie, ale nie za głośno. - Masz opatrzone ręce, bo pękła Ci skóra na przedramionach. Nie wytrzymała napięcia. Przestałeś oddychać na kilka minut, dlatego teraz podajemy Ci tlen. Spróbuj się nie nie denerwować, dobrze?
- P-p-panie S-s-tar-r-rk... - wydyszał.
- Jestem tu... - powiedział szybko, kładąc dłoń na jego ramieniu. - Już dobrze. Zabieramy Cię do domu. Jesteś z nami.
Jesteś z nami...
Tony siedział na drewnianym, niewygodnym krześle, wsłuchując się w chrapliwy oddech Petera. Trochę się martwił, nie potrafił tego ukryć, ale wiedział, że musi zachować zimną krew.
- Ma tak oddychać? - zapytał Bruce'a, kiedy ten wszedł do pokoju. - Co chwilę kaszle.
- To akurat dobry znak. Płuca się rozprężają. - zapewnił go, zaglądając pod koc. - Dostał silne leki uspokajające. Jest na granicy snu i jawy. Słyszy i czuje wszystko, co się wokół niego dzieje. Kiedy usunę dren i opatrzę ranę, przestaniemy utrzymywać sedację. Nic mu nie będzie. Trochę cierpliwości.
Tony wziął głęboki oddech, podrywając głowę na kolejny napad kaszlu Petera. Bruce spokojnie położył dłoń na jego czole, odgarniając mu włosy do tyłu.
- Już dobrze... - powiedział cicho, kiedy Tony objął rękę Petera w swoje obie dłonie. - Osłucham Cię, dobrze? Poczujesz zimno na piersi.
Założył na uszy stetoskop i przyłożył membranę do piersi chłopca.
- I co? - zapytał Tony, patrząc na przyjaciela z niepokojem.
- Już lepiej. Kiedy się obudzi, będziemy utrzymywać tlen. Kiedy jego oddech się poprawi, zmienię maskę na kaniulę. - powiedział. - Zrób sobie przerwę, ja z nim posiedzę.
- Dobra, pójdę po kawę. - Tony wstał z krzesła, biorąc głęboki oddech. - Ale zaraz wrócę.
- Prześpij się. - zawołał za nim. - Chyba nie chcesz, żeby się Ciebie przestraszył, kiedy otworzy oczy? Nie zostawię go samego. Później Natasha wpadnie mu poczytać.
- Tak, ona... Czyta każdemu z nas. - powiedział cicho, zamykając za sobą drzwi.
- Śpi od piętnastu godzin. Ocknął się na dziesięć minut i znowu zasnął. - powiedział cicho, patrząc na leżącego na boku Petera. Rany na jego rękach jeszcze się nie zagoiły, bo jest na to zbyt słaby, a dziura w jego boku po drenie też będzie potrzebowała trochę czasu.
- Nie ma powodu do obaw. - zapewnił go Bruce, zmieniając kroplówkę. - Zbiera siły. W przybliżeniu... za pięć dni stanie na nogi.
Tony zamrugał, przypominając sobie o jednym szczególe.
- Gdzie miś? - zapytał pośpiesznie.
- Jaki miś? - Bruce zmarszczył brwi, odrywając spojrzenie od jednego z monitorów.
- Od Happy'ego. - wyjaśnił. - Chyba jest w jego pokoju. Pójdę sprawdzić. Lubi mieć go przy sobie, kiedy choruje.
Wybiegł z medycznej części budynku i przeszedł do kwater.
- Gdzie tak pędzisz? - zawołał Clint, kiedy mijał go przy drzwiach łazienki. Zapomniał, ze ma przyjechać właśnie dzisiejszego wieczora.
- Po misia! - krzyknął.
- Chciał misia? - zmarszczył brwi, obserwując, jak Tony wpada do pokoju Petera na kilka sekund, a potem wybiega z ogromnym pluszakiem w ręku.
- Nie, ale będzie chciał. - pokręcił głową, wracając do miło urządzanej sali szpitalnej.
Bruce ledwo zdołał się ruszyć. Tony słyszał cichą balladę rockową z radia stojącego na jednej z bocznych szafek. Przeszedł przez pokój, stawiając misia w nogach łóżka i zajmując miejsce na swoim krześle. Zdecydowanie musi kupić lepsze krzesła...
- Dalej śpi. - oznajmił. - Wydalił więcej płynów. Wraca do normy.
- To dobrze. - wymamrotał.
Kiedy Peter obudził się z długiego snu wciąż był sztywny i obolały, ale nie za bardzo się z tym przejmował. Był już kiedyś w gorszym stanie.
- Głodny? - usłyszał głos po swojej lewej stronie.
Obrócił głowę i zobaczył Tony'ego, który siedział na jednym z krzeseł.
- Pan Stark... - zaczął trochę zachrypniętym głosem. Odchrząknął. - Był pan tu przez cały czas.
- Obiecałem, że Cię nie zostawię. - oznajmił, kładąc dłoń na jego ramieniu. - I nie zostawiłem.
Peter kaszlnął. Oddychanie po zapadniętym płucu wciąż było trochę utrudnione, ale wiedział, że to minie.
- Wszyscy są cali? - zapytał, mrugając.
Tony uśmiechnął się do niego i odgarnął mu włosy z twarzy.
- Po tym, jak spędziłeś nieprzytomny całą dobę tylko to Cię obchodzi? - zapytał, machinalnie, głaszcząc go po głowie. - Tak, wszyscy są cali. Dzięki Tobie.
- Ale jak długo? To dziesięć ton! Nie tylko towar, ale i ludzie. Nie da się wywalić towaru, nie wyrzucając najpierw ludzi.
- Zamknijcie się, on to wszystko słyszy!
Peter słyszał kłótnię pozostałych członków drużyny. Trzymał dwa kontenery na swojej sieci oplecionej wokół stalowej liny, które na szczęście nie pękały. Jego sieć już dawno by się odlepiła, gdyby co chwilę nie wylewał nowej. Ale w taki sposób trzymało.
- Jeszcze trochę, Pete! - Peter usłyszał głos Tony'ego. - Już prawie wszyscy wyszli.
Ludzie. W środku byli ludzie. Musiał poczekać, aż wszystkich wydostaną. Jeśli puści... wszyscy spadną do wody. Peter czuł, że nie może oddychać. Jego skóra na ramionach już zaczynała pękać. Czuł nie tylko pieczenie, ale i rwanie. Mimo, że im więcej ludzi opuszczało kontener... On już przestał czuć ubywający ciężar.
- Peter, już wszyscy... Możesz puścić. - usłyszał delikatny głos Steve'a. - Sam już po Ciebie leci.
Puścił sieć, a puste kontenery spadły do rzeki. Zwiesił głowę, starając się oddychać. Poczuł, jak Sam obejmuje go ramionami. Teraz mógł się już rozluźnić.
- Peter! - usłyszał zamglony głos pana Starka.
- Połóżcie go. - rozkazał Bruce. - Ostrożnie. Uwaga na głowę. Thor, przynieś koce. Steve, zestaw opatrunkowy. Muszę opanować krwawienie. Peter... słyszysz mnie?
Thor? A co on tu robił?
Poczuł czyjeś dłonie na swoich ramionach, a później jego głowa spoczęła na szczupłych kolanach. Ktoś zerwał mu maskę z twarzy.
Otworzył oczy. Zobaczył rude loki Natashy i skupioną twarz doktora Bannera. Leżał na podłodze Quinnjeta.
- Spróbuj się nie ruszać, dobrze? - poprosił, kiedy dłoń Natashy odgarnęła jego włosy z oczu. - Muszę zatamować krwawienie na Twoich przedramionach. Jak się czujesz?
- Zimno... - wystękał bezgłośnie, ale wiedział, że zrozumieli, co chce powiedzieć.
- To przez osłabienie i utratę krwi. Za chwilę dostaniesz koce. Nie zasypiaj. Jeszcze nie...
Ale zasnął.
Kiedy się obudził, leżał na noszach w odrzutowcu. Słyszał, że lecą. Czuł, że jest opatulony kocami. Leżał na boku. Czuł, że ma coś na twarzy.
- Bruce... - zawołała Natasha. Peter dostrzegł jej czarno-czerwony pasek. - Obudził się.
Usłyszał kroki. Chwilę później zobaczył Doktora Bannera, który się nad nim pochylił.
- Peter, już dobrze. Jesteś bardzo słaby, ale jak tylko dolecimy do bazy, podamy Ci coś na wzmocnienie. - powiedział wyraźnie, ale nie za głośno. - Masz opatrzone ręce, bo pękła Ci skóra na przedramionach. Nie wytrzymała napięcia. Przestałeś oddychać na kilka minut, dlatego teraz podajemy Ci tlen. Spróbuj się nie nie denerwować, dobrze?
- P-p-panie S-s-tar-r-rk... - wydyszał.
- Jestem tu... - powiedział szybko, kładąc dłoń na jego ramieniu. - Już dobrze. Zabieramy Cię do domu. Jesteś z nami.
Jesteś z nami...
Tony siedział na drewnianym, niewygodnym krześle, wsłuchując się w chrapliwy oddech Petera. Trochę się martwił, nie potrafił tego ukryć, ale wiedział, że musi zachować zimną krew.
- Ma tak oddychać? - zapytał Bruce'a, kiedy ten wszedł do pokoju. - Co chwilę kaszle.
- To akurat dobry znak. Płuca się rozprężają. - zapewnił go, zaglądając pod koc. - Dostał silne leki uspokajające. Jest na granicy snu i jawy. Słyszy i czuje wszystko, co się wokół niego dzieje. Kiedy usunę dren i opatrzę ranę, przestaniemy utrzymywać sedację. Nic mu nie będzie. Trochę cierpliwości.
Tony wziął głęboki oddech, podrywając głowę na kolejny napad kaszlu Petera. Bruce spokojnie położył dłoń na jego czole, odgarniając mu włosy do tyłu.
- Już dobrze... - powiedział cicho, kiedy Tony objął rękę Petera w swoje obie dłonie. - Osłucham Cię, dobrze? Poczujesz zimno na piersi.
Założył na uszy stetoskop i przyłożył membranę do piersi chłopca.
- I co? - zapytał Tony, patrząc na przyjaciela z niepokojem.
- Już lepiej. Kiedy się obudzi, będziemy utrzymywać tlen. Kiedy jego oddech się poprawi, zmienię maskę na kaniulę. - powiedział. - Zrób sobie przerwę, ja z nim posiedzę.
- Dobra, pójdę po kawę. - Tony wstał z krzesła, biorąc głęboki oddech. - Ale zaraz wrócę.
- Prześpij się. - zawołał za nim. - Chyba nie chcesz, żeby się Ciebie przestraszył, kiedy otworzy oczy? Nie zostawię go samego. Później Natasha wpadnie mu poczytać.
- Tak, ona... Czyta każdemu z nas. - powiedział cicho, zamykając za sobą drzwi.
- Śpi od piętnastu godzin. Ocknął się na dziesięć minut i znowu zasnął. - powiedział cicho, patrząc na leżącego na boku Petera. Rany na jego rękach jeszcze się nie zagoiły, bo jest na to zbyt słaby, a dziura w jego boku po drenie też będzie potrzebowała trochę czasu.
- Nie ma powodu do obaw. - zapewnił go Bruce, zmieniając kroplówkę. - Zbiera siły. W przybliżeniu... za pięć dni stanie na nogi.
Tony zamrugał, przypominając sobie o jednym szczególe.
- Gdzie miś? - zapytał pośpiesznie.
- Jaki miś? - Bruce zmarszczył brwi, odrywając spojrzenie od jednego z monitorów.
- Od Happy'ego. - wyjaśnił. - Chyba jest w jego pokoju. Pójdę sprawdzić. Lubi mieć go przy sobie, kiedy choruje.
Wybiegł z medycznej części budynku i przeszedł do kwater.
- Gdzie tak pędzisz? - zawołał Clint, kiedy mijał go przy drzwiach łazienki. Zapomniał, ze ma przyjechać właśnie dzisiejszego wieczora.
- Po misia! - krzyknął.
- Chciał misia? - zmarszczył brwi, obserwując, jak Tony wpada do pokoju Petera na kilka sekund, a potem wybiega z ogromnym pluszakiem w ręku.
- Nie, ale będzie chciał. - pokręcił głową, wracając do miło urządzanej sali szpitalnej.
Bruce ledwo zdołał się ruszyć. Tony słyszał cichą balladę rockową z radia stojącego na jednej z bocznych szafek. Przeszedł przez pokój, stawiając misia w nogach łóżka i zajmując miejsce na swoim krześle. Zdecydowanie musi kupić lepsze krzesła...
- Dalej śpi. - oznajmił. - Wydalił więcej płynów. Wraca do normy.
- To dobrze. - wymamrotał.
Kiedy Peter obudził się z długiego snu wciąż był sztywny i obolały, ale nie za bardzo się z tym przejmował. Był już kiedyś w gorszym stanie.
- Głodny? - usłyszał głos po swojej lewej stronie.
Obrócił głowę i zobaczył Tony'ego, który siedział na jednym z krzeseł.
- Pan Stark... - zaczął trochę zachrypniętym głosem. Odchrząknął. - Był pan tu przez cały czas.
- Obiecałem, że Cię nie zostawię. - oznajmił, kładąc dłoń na jego ramieniu. - I nie zostawiłem.
Peter kaszlnął. Oddychanie po zapadniętym płucu wciąż było trochę utrudnione, ale wiedział, że to minie.
- Wszyscy są cali? - zapytał, mrugając.
Tony uśmiechnął się do niego i odgarnął mu włosy z twarzy.
- Po tym, jak spędziłeś nieprzytomny całą dobę tylko to Cię obchodzi? - zapytał, machinalnie, głaszcząc go po głowie. - Tak, wszyscy są cali. Dzięki Tobie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)