Peter leżał pod łóżkiem, wtulając się w ramię Natashy. Ćwiczyli kryjówkę na wypadek kontroli granicznej. Na razie leżeli tak prawie piętnaście minut. Przynajmniej tak się wydawało Natashy. Musieli wytrzymać jak najdłużej.
- W porządku? - zapytała cicho, kiedy zorientowała się, że Peter zaczyna się pocić.
- Trochę duszno, ale wytrzymam. - wyszeptał.
- Dobra, wystarczy. - wymamrotała, stukając dwukrotnie w ramę łóżka.
Po kilku sekundach łóżko się podniosło i oboje wytoczyli się na podłogę.
- Ile? - zapytała Natasha, patrząc na Cole’a, który przykręcał nogi łóżka powrotem do podłogi wagonu.
- Dwadzieścia trzy minuty. - odpowiedział, uśmiechając się półgębkiem. - Na szczegółową kontrolę wystarczy. Nikt postronny się nie zorientuje, że tu jesteście.
- Bogu dzięki. - westchnęła, pocierając ramiona Petera, który siedział, oddychając głęboko. - Dobrze wszystko?
- Tak. - pokiwał głową. - Po prostu… Nie lubię ciasnych przestrzeni.
- Oddychaj. - powiedziała cicho, kiwając głową. - Masz mdłości?
- Nie, po prostu… - zakaszlał. - To ja może skoczę do łazienki.
Wstał na chwiejnych nogach, pośpiesznie mrugając. Pewnie, żeby odgonić mdłości, które nawiedzają klaustrofobików.
- Dam radę. - powiedział szybko, kiedy Cole już do niego doskoczył, chcąc go podtrzymać za ramiona. - Muszę tylko… Się ogarnąć.
Natasha i Cole zostali sami w niewielkiej podwójnej sypialni. Nat przeczesała sobie dłonią włosy i oparła się o szafę. Nie wiedziała, jak dzieciak to wszystko zniesie. Ona była do tego przyzwyczajona. Ale on… Nie była tego taka pewna.
- Wszystko gra? - zapytał, patrząc na nią z troską.
- Tak, po prostu… - zaczęła, starając się dobrać jakoś sensownie słowa. - Martwię się, że on tego nie zniesie.
- Oj, Romanoff… - prychnął z kpiącym uśmieszkiem. - Zmiękłaś.
- Teraz jesteśmy tutaj. - oznajmiła Li, wskazując jeden z większych punktów na Mapie Europy. - Teraz jedziemy do Mińska. Tam mamy misję i postój załadunkowy.
- I tak musimy się zatrzymać na najbliższym dworcu. - wtrącił Lucas, opierając się o jedno z krzeseł. - Wody ledwie starczy do jutra.
- Załatw to. - rozkazał Cole i zajrzał Li przez ramię.
Wszyscy siedzieli przy wielkim stole, a tak właściwie się wokół niego tłoczyli. Peter patrzył z jednej osoby na drugą, nie wiedząc o czym tak naprawdę rozmawiają. Zerknął na Natashę, która wyglądała na spokojną, jakby to nie była pierwsza taka rozmowa w której uczestniczyła.
- Jeśli chodzi o Waszą dwójkę… - zaczął Cole, na co Peter podniósł głowę. - Jak nas nie ma, siedzicie w swojej sypialni. Najlepiej po ciemku. Mówiąc wprost… udajecie, że Was nie ma.
- To ja się prześpię. - wymamrotał Peter.
- Spokojnie, nikt do Was nie zajrzy. - Amber machnęła ręką. - Będziecie zamknięci.
- Mogę Wam zostawić moją empeczwórkę i czytnik e-booków, mam sporo nowych pozycji. - Zaproponowała Lizzy.
Peter uśmiechnął się do niej pod nosem. W tym czasie Alex, opiekunka kucyków, z tego co zrozumiał Peter, podeszła do nich z wielkim półmiskiem z klopsami.
- Kolacja, zróbcie tu miejsce. - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - No już…
„Jak młody?”
Natasha westchnęła, patrząc na wiadomość do Cole’a w telefonie Li, który zostawiła im na wszelki wypadek. Westchnęła, spoglądając na śpiącego na łóżku Petera.
„Śpi. Może to i lepiej” - odpisała, odkładając komórkę na szafkę nocną.
Wstała, przechadzając się po niewielkim pokoiku w wagonie mieszkalnym. Plan, który który zaczęła układać od momentu startu ich pierwszego samolotu powoli nabierał coraz sensowniejszych kształtów. Dojadą okrężną drogą do Londynu z niewielką przerwą na załadunek i misje. Szybkie przeniesienie na prom, żeby pokonać wodę i już są w domu. Mieszkanie już było, praca sekretarki zaklepana, dzięki uprzejmości Li, która odświeżyła swoje kontakty z początków pracy w MI6. Pozostało tylko się urządzić, dopracować przykrywkę, a jak już wszystko będzie gotowe, znaleźć Peterowi szkołę. Brzmi prosto, prawda? Z punktu widzenia osoby postronnej… zniknęli. Nikt poza szpiegowską trupą cyrkową nie ma pojęcia, gdzie teraz są i z kim. Jeszcze tylko kilka dni… I będą już bezpieczni.
Nowe mieszkanie wyglądało całkiem przytulnie, przynajmniej tak wydawało się Peterowi. Bo czego się spodziewał? Szarych ścian, kuchenki i kilku konserw? A zastali odnowione, w pełni uposażone lokum, co nieźle mu pasowało. Co prawda Natasha musiała jeszcze skończyć do sklepu po kilka rzeczy, ale poza tym wszystko było jak trzeba.
- Nowy telefon. - oznajmiła Natasha, wręczając Peterowi niewielkie kartonowe pudełko. - W środku jest nowa karta pamięci i karta sim. Za chwilę wymienimy się numerami. Powiem Twoim nauczycielom, że telefony ode mnie masz odbierać. Nie ważne, czy sprawdzian, czy zwykła lekcja… Masz odbierać.
- Nat, znam zasady. - wywrócił oczami. - W pociągu powtórzyłaś mi je chyba z pięćdziesiąt razy.
Natasha westchnęła, kręcąc głową. Trochę się denerwowała. Co prawda mieszkanie, które zajmowali okazało się lepsze, niż się spodziewała, ale nadal pozostało trochę pracy. Pieniądze, które im zostały wystarczą na nowe ubrania, podstawowe wyposażenie i pierwszy miesiąc życia, ale dalej muszą sobie radzić sami.
- Wiem, przepraszam. - westchnęła, siadając na jednym ze stołków barowych w kuchni. - Trochę się martwię.
- Tak, wiem. - wymamrotał, spuszczając spojrzenie. - Poradzimy sobie, zobaczysz. Pójdę do szkoły, Ty do pracy i nikt nas nie rozpozna. Będziemy jak normalna rodzina na imigracji.
Rozległo się pukanie. Natasha podniosła głowę, patrząc jak Peter podbiega do drzwi i szybko je otwiera.
- Dzień dobry, ja jestem żoną gospodarza budynku. - rozległ się głos starszej osoby. - Mąż powiedział mi, że wczoraj się tu sprowadziłeś ze swoją mamą. Czy mogłabym…
- Oczywiście! - zawołała Nat z części kuchennej. - Peter, wpuść panią.
Peter zrobił miejsce, żeby starsza pani mogła wejść. Natasha odrzuciła rękawice kuchenne i przeszła przez niewielką część kuchenną, która płynnie łączyła się z salonem.
- Po pierwsze nie jestem jego matką, tylko macochą. - powiedziała od razu, kiedy Peter wyciągał kubki i wstawiał wodę na herbatę. - A po drugie miałam jakieś czternaście lat, kiedy Peter się urodził, więc to raczej nie jest możliwe.
- Mam rozumieć, że pani mąż nie żyje? - rzuciła kobieta, siadając przy niewielkim stole.
- Niestety żyje. - Natasha wzruszyła ramionami, powstrzymując się od parsknięcia krótkim, kpiącym śmiechem.
- Niestety… Co pani…
- Peter, idź proszę do siebie. - rzuciła, patrząc kobiecie w oczy.
- Ale… - zaczął, chcąc protestować. „Wyobraź sobie, że Ross to Twój zwyrodniały ojciec przed którym uciekamy”, powiedziała mu w pociągu.
- Jutro pierwszy dzień w nowej szkole. - odparła, wciąż patrząc w twarz kobiety. - Na pewno już przysłali plan na maila. - No idź…
Peter westchnął i ze zbolałą miną poszedł do swojego nowego pokoju.
- Gdyby mój mąż nie żył… zostalibyśmy w Los Angeles. Może pani mąż i ojciec to kochający mężczyźni, ale my nie mieliśmy tyle szczęścia. - zaczęła łamiącym się głosem. - Uciekliśmy tak daleko, żeby nie mógł nas znaleźć. Wyciągnęłam z prywatnego konta wszystkie pieniądze po tym, jak pobił mnie do nieprzytomności, a Peterowi złamał rękę. Kiedy dochodziliśmy do siebie… ukrywaliśmy się u mojego szefa. Ale i tam nas znalazł. Dlatego uciekliśmy. I dlatego proszę nie poruszać przy Peterze tego tematu. To dla niego bardzo trudne.
- Mam Twoje batony mleczne, nową książkę do fizyki i te orzechy, które chciałeś. - oznajmiła, wyjmując z torby na zakupy kolejne przedmioty. - Kupiłam jeszcze epinefrynę w aptece, na wypadek, gdyby ta sąsiadka znowu wtykała Ci te swoje ciasteczka z cynamonem. I jeszcze trzeba oddać jedną strzykawkę temu sąsiadowi z astmą.
Peter patrzył jak Natasha rozkłada zakupy. Chowa kilka rzeczy do szuflad i odkłada materiałowe torby do szafki pod zlewem.
- Co jest? - zapytała, siadając naprzeciwko niego. - Masz jakiś… problem? Nie chcą z Tobą rozmawiać w szkole?
- To nie to. - pokręcił głową. - Brakuje mi przyjaciół z Nowego Jorku. Jesteśmy tu ile… dwa tygodnie? Kiedy zadzwonisz do Tony’ego?
- W piątek, mówiłam Ci już. - odpowiedziała spokojnie. - Będzie dobrze. Musimy tylko pilnować przykrywki.
- Tak, wiem. - powtórzył. - Pójdę odrobić lekcje.
Peter obudził się o siódmej rano. Zamrugał, czując znajomy zapach spalenizny. Usiadł gwałtownie na łóżku, wciąż nie otwierając oczu.
Był w domu.
Był w Queens.
Czar prysł, kiedy rozejrzał się po pokoju. May nie mogła przypalić śniadania. Nie mogła, bo jej tu nie było. Natychmiast jego ciałem wstrząsnął szloch. Dlaczego nic nie może być takie jak dawniej?
- Peter, obudziłeś się już? - usłyszał krzyk Natashy z kuchni. - Peter…
Musiała być zaniepokojona jego jękami, bo wbiegła do jego sypialni.
- Co się dzieje? - zapytała z niepokojem. - Miałeś zły sen?
Patrzyła na niego z troską, która z dnia na dzień wydawała mu się coraz większa. Czy Nat mu… matkowała?
- Poczułem spaleniznę… - wyszlochał. - Wtedy pomyślałem, że jestem znowu… no, że jestem w Queens.
Myślał, że jest w domu. Chciał powiedzieć „w domu”.
- Oj, Peter… - westchnęła, przyciągając go do siebie i przytulając. - Tylko przypaliłam naleśnika. Poszłam odebrać telefon i nie zestawiłam patelni z palnika. Przepraszam… Tak bardzo Cię przepraszam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz