Tony wszedł do pokoju, w którym wszyscy jedli. Baza wydawała się opustoszała, zresztą jak zwykle o tej porze dnia. Co prawda z Peterem było już znacznie lepiej, ale był jeszcze zbyt osłabiony, żeby móc zrobić więcej niż zjeść zupę, czy usiąść na sedesie. Helen dała mu wózek, żeby nie nadwyrężał swoich stóp. W palce wdarłaby się martwica, gdyby nie ogrzano go tak szybko, ale mimo to, wciąż miał problemy z ustaniem na własnych nogach, czy utrzymaniem czegoś w dłoni dłużej niż przez pół minuty. Bruce i Helen zapewniali go, że to minie, że wróci do dawnej sprawności, ale... muszą być cierpliwi.
- Wiesz, że za dwa tygodnie jest Boże Narodzenie? - zagadał Sam, podsuwając mu pod nos filiżankę z kawą parzoną w jego ulubiony sposób.
- Odpowiedź nadal brzmi "nie". - odpowiedział niewzruszony.
- No weź... - jęknął. - Co roku proszę Cię o to samo. Pomyślałem, że może... W tym roku urządzisz Gwiazdkę. Dla dzieciaka. Wiem, że cieszyłeś się z prezentu, który dostałeś od niego rok temu.
- Wcale nie dostałem od niego prezentu. - skłamał.
- A ten robocik z melodyjką „We Wish You Merry Christmas” to co? Wyciągasz go z szuflady raz na dwa tygodnie. - zachichotał. - Oj, Stark... Nas nie musisz oszukiwać.
- Dobra, plan jest taki... - zaczął Sam konspiracyjnym tonem, siadając naprzeciwko Tony'ego, kiedy jadł swój makaron z serem. - Ja, Steve i Natasha grzejemy po dekoracje, Bucky ogarnia choinkę, Wanda załatwia płyty z kolędami, Vision...
- Nie. Odpowiedź nadal brzmi "nie", weź już sobie daruj.
- Tony, Peter będzie zachwycony, jeśli zorganizujemy święta. - zapewnił go, aż w końcu Tony wywrócił oczami.
- A ja co mam robić? - zapytał zażenowanym tonem.
- Musisz trzymać Petera z dala od pokoi w trakcie prac i w pierwszy dzień świąt będziesz Świętym Mikołajem.
- O nie nie... - pokręci gwałtownie głową. - Wybij to sobie z głowy.
Sprzedawca choinek podszedł do Bucky'ego, który od prawie godziny stał przed dwoma choinkami, wpatrując się w nie z konsternacją na twarzy.
- Może w czymś panu pomóc? - zaproponował sprzedawca.
- Właściwie tak. - pokiwał głową, wskazując najpierw na jedną, a później drugą choinkę. - Ma pan może coś pomiędzy Tym... A tym?
- Nie rozumiem. - mężczyzna pokręcił głową z zaskoczeniem.
- Wie pan... Ta jest za duża, ale ma dobrą średnicę. A ta... Jest za mała i zbyt rozłożysta. Nie zmieści się na metraż przeznaczony na choinkę. Jak pan myśli?
Bucky rozejrzał się i zauważył, że tego faceta już obok niego nie ma.
- No cudownie...- wymamrotał.
Ukrywanie Petera w trakcie, kiedy inni pracowali nad nadaniem bazie świątecznego nastroju okazało się dziecinnie proste. Jak Peter powiedział, że kiedy wróci do sprawności i bycia Spider-Manem będzie potrzebował płynu sieciowego, plan działania utworzył się w jego głowie w dwie sekundy. Płyn miał swój termin przydatności. Jednocześnie musiała trochę poleżakować, ale po leżakowaniu, miał swoje optymalne właściwości tylko przez niecałe trzy miesiące, a później nie chciał się rozciągać, a sieć była krucha i za szybko się rozpuszczała.
Dlatego on i Peter zamknęli się w laboratorium, prosząc pozostałych, żeby przez jakiś czas im nie przeszkadzali, na co oni z ochota przystali.
- Wystarczy, że będzie stał w szklanych butelkach przez dwa tygodnie, tak? - zapytał, a Peter pokiwał głową.
- Teraz by pękała. - wyjaśnił. - To tak jak z marcepanem. Trzeba go dobrze schłodzić przed użyciem go do dekorowania. Jak użyjemy jej przed schłodzeniem, będzie się rozpadać. Jeśli będzie leżeć za długo, zacznie się kruszyć.
Tony pokiwał głową. Zdawał sobie sprawę, że produkcja płynu sieciowego wymagała od Petera zastosowania metody prób i błędów, ale nie zdawał sobie sprawy, że porówna jej żywotność do... Cukierniczej masy dekoracyjnej?
Tony przysiadł naprzeciwko fotela, na którym siedział Peter. Przyniósł dwa z gabinetu, kiedy zauważył, jak bardzo Peterowi drżą kolana.
- Jesteś zmęczony? - zapytał, patrząc na niego z troską. - Jeśli chcesz, możesz się zdrzemnąć tu na kanapie. I tak mam jeszcze trochę roboty.
- Nie, to nie to. - Peter pokręcił głową. - Po prostu... chciałbym, żeby ta terapia już się skończyła.
- Niedługo się skończy. - oznajmił Tony, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Robisz postępy i to nie małe. Pamiętasz pierwszy spacer po wstaniu z wózka? Ja i Steve musieliśmy Cię trzymać z obu stron, żebyś nie upadł.
- Ale nadal upadam. - wymamrotał Peter, wpatrując się w swoje posiniaczone dłonie.
- I za każdym razem wstajesz.
Od: Sam
"Wszystko gotowe".
Tony podniósł głowę znad telefonu i spojrzał na Petera, który pochylał się nad jedną ze swoich szkolnych książek. Wziął głęboki oddech i usiadł naprzeciwko niego.
- Słuchaj, młody... - zaczął trochę niepewnie. - Wiem, że odkąd tu jesteś nie do końca orientujesz się który mamy dzień miesiąca...
- Do czego pan zmierza? - przerwał mu, podnosząc głowę znad książki.
- Dzisiaj jest pierwszy dzień Bożego Narodzenia. - oznajmił.
- Pułkownik Rhodes powiedział, że ma pan alergię na Święta. - rzucił obojętnie, ale Tony wiedział że tak na prawdę dzieciak chciałby przeżyć rodzinne święta.
- Tak, do niedawna. - pokiwał głową z uśmiechem. - Takie świętowanie Bożego Narodzenia w samotności to raczej kiepska frajda. Dasz radę przejść sam, czy przyprowadzić wózek?
Petera totalnie zamurowało. Tony patrzył na niego przez chwilę, w końcu wstał.
- Dobra, przyprowadzę wózek. I tak już dzisiaj sporo chodziłeś.
Bez słowa pomógł mu usiąść na jego zmodyfikowanej wersji wózka inwalidzkiego i poprowadził go aż do drzwi.
- Jak... - wymamrotał, kiedy zobaczył zwisające z sufitów girlandy i łańcuchy choinkowe.
- Miałem Cię ukrywać, żebyś niczego nie zobaczył aż do teraz. - wyjaśnił, pochylając się nad uchem Petera. Wiedział, że wszyscy są w salonie. - Obiecali, że wyrobią się do pory obiadowej, więc...
Wprowadził go do największego pomieszczenia, gdzie Wanda i Rhodney ustawili wielki stół z sali konferencyjnej, lekko wydłużając jego nogi.
- Dobra, jeszcze raz... - Tony machnął ręką. - Wilson, powiedz kto co zrobił.
Sam wyszedł przed szereg, gdzie wszyscy stali odświętnie ubrani, trzymając w rękach brzydkie swetry, których ani myśleli wkładać. Na twarzy Sama malowała się duma nie do opisania.
- Więc Pepper, Thor, Wanda i Helen wszystko to ugotowali. - zaczął, wskazując na stół. Tony miał wrażenie, że Wilson z podekscytowania zaraz dostanie zawału. - Tylko Wanda najpierw ogarnęła kolędy...
- Zamiast płyt kupiłeś puste pudełka. - wtrąciła Wanda, na co cała reszta zachichotała.
- Ale później kupiłem te płyty, więc się nie czepiaj... - ciągnął dalej. - Barnes kupił, wniósł i ubrał choinkę. Ja, Steve i Natasha kupiliśmy dekoracje i urządziliśmy całą bazę. Vision, Happy i Banner kupili i zapakowali wszystkie prezenty. Oczywiście każdy dorzucał coś od siebie. Kiedy skończyliśmy, zastawiliśmy stół. A teraz Tony... wkładaj swój czerwony płaszczyk, leży tam.
Wskazał na leżący na oparciu fotela pełny kostium Świętego Mikołaja. Tony spojrzał na niego spode łba i pokręcił głową.
- Ale dlaczego nic mi nie powiedzieliście? - pisnął Peter, starając się ogarnąć spojrzeniem cały salon. To wszystko wydawało mi się jakąś kolorową bajką. - Też mógłbym coś zrobić.
- Fakt, ale biorąc pod uwagę, co Rhodney nagadał Ci o Świątecznych tradycjach Tony'ego, przygotowanie tej niespodzianki okazało się dziecinnie proste. - powiedziała Wanda, opierając się o jedno z ubranych w aksamit krzeseł. - Co swoja drogą w pełni się zgadza... Ale to, że mamy te Święta, to głównie zasługa Sama. Tak wlazł Tony'emu w tyłek...
- Dobra, już dziękuję. - zaśmiał się Sam, nie chcąc, żeby kończyła.
A Peter po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł, że ma kogoś, kto będzie się o niego troszczył. Że ma rodzinę, która nie wyrzuci go na ulicę, obwiniając o śmierć męża.
Peter spał z głową na ramieniu Natashy. Dzieciak się uparł, żeby zaczekać na Tony'ego, ale tym razem to było w pełni zrozumiałe.
Dzisiaj, po tygodniach przesłuchań i wyjaśnień, miała się odbyć decydująca rozprawa w sprawie Petera. Nat wiedziała, jakie to ważne. Sama pokochała tego chłopca. Opiekowała się nim, robiła mu do szkoły drugie śniadanie. Ale nadal nie wrócił do pełnej sprawności, a płyn sieciowy trzeba było zużyć, żeby się nie zmarnował. Dlatego Peter nie rozstawał się ze swoją wyrzutnią sieci i trenował celność przy każdej mozliwej okazji. Nawet posunął się do tego, żeby "osieciować" młot Thora, kiedy ten zostawił go w drzwiach do łazienki na parterze, jednocześnie blokując przejście.
- Nat... - rozległ się cichy, senny głos Petera. - Czy pan Stark już wrócił?
- Nie, jeszcze nie. - odpowiedziała łagodnie. - Zaprowadzić Cię do łóżka?
- Nie... Poczekam jeszcze na Pana Starka.
Natasha usłyszała ciche kroki, kiedy Thor wrócił do salonu z pełną miską chrupek kukurydzianych, zmierzyła go spojrzeniem. Lubiła, kiedy tu pomieszkiwał między jednym, a drugim wypadem do Asgardu, ale czasami zachowywał się nie do zniesienia.
- Zanieść go? - zaproponował.
- Nie. - pokręciła głową. - Nie chce iść do łóżka.
Thor wzruszył ramionami, podnosząc do ust pełną garść chrupek.
- Nadal nie rozumiem, dlaczego Stark nie chciał, żebym składał wyjaśnienia... - powiedział po chwili ciszy nieco urażony. - Mógłbym powiedzieć o nim tyle miły rzeczy...
- Pewnie dlatego, że Twoje pojęcie o rodzicielstwie znacznie się różni od naszego ziemskiego. - wymamrotała.
- Jak poszło? - zapytała Natasha, kiedy ona i Steve układali Petera na kanapie.
Akurat ten moment wybrał sobie Stark, żeby otworzyć drzwi. Ona i Rogers stanęli naprzeciwko niego, oczekując dobrych wieści.
Stark pokiwał głową ze zmęczonym uśmiechem.
- Udało się, ale zadali mi jedno podchwytliwe pytanie. - odpowiedział, opadając na fotel naprzeciwko Petera. - Obyło się bez kłamstwa.
- O co pytali? - Steve zmarszczył brwi.
- O May. - westchnął. - Zapytali, czy zgodziłbym się na jej spotkanie z Peterem, gdyby o nie prosiła. Powiedziałem, że tylko jeśli Peter by tego chciał.
Natasha usiadła. Znała już odpowiedź, ale wolała ją usłyszeć ją na własne uszy. Osobiście, gdyby to od niej zależało, wsadziłaby May do więzienia na resztę jej życia i zabroniła wszelkich kontaktów z chłopcem.
- Oficjalnie jestem już jego ojcem. - powiedział cicho. - Peter mnie szanuje i widzi we mnie wzór. Sąd twierdzi, że jestem jego autorytetem. To przesądziło o całej sprawie.
Natasha widziała na twarzy Steve'a zaskoczenie, równie duże jak jej, że tym razem Tony nie pielęgnował swojego ego. Możliwe, że ze zmęczenia, możliwe, że za bardzo troszczył się o Petera.
- Dzięki Bogu. - powiedział cicho Steve, a Natasha wstała i pociągnęła go za sobą.
- Damy Wam trochę prywatności. - powiedziała. - I tak jest już późno. A ktoś musi wysłać Bruce'a do łóżka.
- Postaw. - powiedział Steve, podając Samowi miskę z pieczonymi ziemniakami.
- Nadal nie rozumiem, dlaczego akurat dzisiaj robimy uroczystą kolację. - żachnął się, przesuwając trochę półmiski z klopsami i pieczonym mięsem, żeby zrobić na stole miejsce na ziemniaki.
- Tony zaprosił prawników, którzy pomogli mu w sprawie z Peterem. - powtórzył, wywracając oczami. - Sam, ile razy jeszcze mam Ci tłumaczyć?
- Nie wystarczyłoby po prostu zaprosić ich do knajpy? - wzruszył ramionami. - Z resztą... czemu w takim razie Stark nie gotuje sam, tylko Ty to robisz?
- A jadłeś kiedyś coś co, ugotował Tony? - zapytał go, patrząc mu w oczy.
- No... nie. - pokręcił głową.
- Szczęściarz. - mruknął, wracając do swojego zajęcia. - Będą tu za kilka minut.
- A Peter? Myślałem, że jest z Natashą w swojej szkole.
- Bo jest, trochę się spóźnią.
Punktualnie o piątej po południu rozległ się dzwonek do drzwi. Tony podniósł głowę, kiedy Wanda poszła otworzyć drzwi. Vision i Steve stali ramię w ramię trzymając dłonie za plecami.
- Są nasi honorowi goście... - powiedział, wyciągając ręce. - Przedstawiam Pana Franklina Nelsona, Pana Matta Murdoka i Panią Karen Page. Szefową ich biura. Jeszcze jedna drobna formalność, zanim siądziemy do stołu.
Podniósł telefon na wysokość twarzy, w ciszy przesuwając palcem po wyświetlaczu. Po chwili torebka pani Page wydała krótki sygnał dźwiękowy.
- SMS? - zapytał Nelson, patrząc na nią z zaskoczeniem, kiedy próbowała sprawdzić wiadomość.
- Powiadomienie z banku. - oznajmił Murdok, nie poruszając się nawet o milimetr. Trzymał swoją białą laskę w splecionych dłoniach.
- Poleciła Was niezawodna Mary Pablos. - powiedział Tony, chowając telefon z powrotem do kieszeni. - Poinformowała mnie, że klienci wypłacają Wam tak duże wynagrodzenie, na ile mogą i na ile oceniają Waszą pracę.
- To bardzo dużo zer, panie Stark... - odezwała się pani Page.
- Wyceniłem Waszą pracę bardzo wysoko. - odparł, chowając dłonie do kieszeni. - I tak się składa, że stać mnie na takie wynagrodzenie. A... I jeszcze pozwoliłem sobie opłacić rejestrację programu księgowego na najbliższe pięć lat. Wiem, że na to zasługujecie. Jesteście lepsi od najlepszych specjalistów, którzy kiedykolwiek dla mnie pracowali.
- Łatwo się pracuje, jeśli prawo jest po stronie klienta. - wtrącił Murdok.
- Tak, to fakt. - Przyznał Sam, stojąc pod ścianą. - Ale nie każdy adwokat potrafi to uargumentować. Wam się to udaje za każdym razem. Sprawdziłem.